Źródła wody pitnej w studniach na Krymie za czasów Katarzyny II
- Szczegóły
Kiedy w październiku 2012 roku opuszczałem Półwysep Krymski, solennie obiecywałem sobie, że jeszcze tu wrócę. Fantastyczna pogoda, zapierające dech w piersiach widoki i niezwykle życzliwi, sympatyczni ludzie. Wszystko to sprawiło, że jeszcze kilka miesięcy po powrocie do zimowej szarości dnia powszedniego rozpierała mnie energia i optymizm.
Rok 2013 nie był pod tym względem wyjątkowy. Kiedy podjęte wcześniej zobowiązania uniemożliwiły mi wyjazd w czerwcu, wszystko wskazywało na to, że moje zamierzenia „wzięły w łeb”. Wówczas ponownie zadzwonił do mnie człowiek, który rok wcześniej rozważał możliwość wspólnego wyjazdu na Krym. Zapytał, czy nie chciałbym pojechać tam ponownie, tej jesieni.
Wśród zaledwie kilku istotnych ustaleniach dotyczących wyjazdu było także i to, że korzystamy z namiotu i zwiedzamy miejsca i obiekty nowe dla nas obu. W pozostałym do wyjazdu czasie kontaktowaliśmy się telefonicznie ustalając szczegóły ekwipunku, żeby uniknąć dublowania się. W związku z tym, że dzień wcześniej spakowałem już plecak właściwie byłem gotowy do wyjazdu.
Pociąg do Katowic, gdzie umówiłem się z W. miałem w południe, więc pozostały czas wykorzystałem na uporządkowanie swoich papierów. Pociąg przyjechał planowo a dzień był wyjątkowo ładny. W dobrym nastroju wyruszyłem w drogę. W umówionym miejscu czekał na mnie wysoki czterdziestolatek. Po wymianie grzeczności poszliśmy na pobliski przystanek autobusowy i już po chwili siedzieliśmy w autobusie, który skierował się na wschód.
Droga mijała szybko na rozmowie. Przemyśl był mokry, ciemny i pusty. Nasze nadzieje na tani bus rozwiewali zagadywani przechodnie. Mimo to, wraz z ukraińskim małżeństwem czekaliśmy na postoju. Mężczyzna bardzo krytycznie mówił o swoich rodakach z okolic Lwowa. Chwalił natomiast tych z Podola i Krymu. Po kilkudziesięciu minutach pojawił się człowiek z propozycją zawiezienia nas na granicę za dziesięć złotych od osoby.
Przeczytaj także: Gdzie kupić wodę destylowaną?
Kilka minut później jechaliśmy już do Medyki. Przejście graniczne było puste. Odprawa zajęła nam zaledwie kilka minut. Z oświetlonego budynku przeszliśmy na kompletnie ciemną drogę. Minęliśmy kilka kantorów i zatrzymaliśmy się przy sklepiku, przed którym było w miarę jasno. Oczekiwanie na jakiś transport wypełnialiśmy rozmową z naszymi współtowarzyszami podróży. Po godzinie, może osiemdziesięciu minutach podjechał do nas samochód, którego kierowca chciał trzysta hrywien za przewiezienie trzech osób z bagażami.
Nas było czworo i mieliśmy sporo rzeczy a poza tym kwota wydała się nam zbyt wysoka, więc podziękowaliśmy za propozycję. Kierowca odparł, że jeszcze wróci, bo może zmienimy zdanie i odjechał. Rzeczywiście, po kolejnej godzinie pojawił się ponownie. Ponownie odmówiliśmy a piętnaście minut później zjawił się inny młody człowiek i zaoferował transport na dworzec we Lwowie za trzydzieści hrywien od osoby. Tym razem chętnie skorzystaliśmy z propozycji.
W dobrej atmosferze, żartując i narzekając na "możnych tego świata" dojechaliśmy do celu. W kasie sprawnie wymieniliśmy wydruki na bilety. Do odjazdu pociągu pozostało nam ponad siedem godzin, które jakoś trzeba było zagospodarować. W poczekalni zażądano od nas (zgodnie z cennikiem) po jednej hrywnie od osoby za każdą godzinę, więc obeszliśmy nieśpiesznie cały budynek i w końcu usiedliśmy, w jednym z licznych korytarzy, na rozwiniętej karimacie.
W miarę czekania robiło się coraz zimniej. Zawiewało od często otwieranych drzwi. Pasażerowie falami przemieszczali się obok nas. Trochę drzemaliśmy, ale głównie czas mijał na rozmowie. Po dziewiątej usłyszeliśmy zapowiedź naszego pociągu i poszliśmy na peron. Usiedliśmy w wyznaczonym wagonie na początku składu. Rozpakowałem niezbędne rzeczy i zjedliśmy po zupce, zaparzając ją wrzątkiem z samowaru.
W. położył się a ja rozpocząłem mój Dziennik Podróży. W trakcie pisania nasza młoda sąsiadka zagadnęła mnie o kraj pochodzenia, co stało się przyczynkiem do dłuższej rozmowy. Kiedy zaspokoiłem jej ciekawość a i sam czegoś się o niej dowiedziałem, wróciłem do pisania. Za oknami szary, jesienny krajobraz, wpisany w mokry od deszczu prostokąt szyb wagonu przetaczał się w rytm monotonnego stukania kół pociągu.
Przeczytaj także: Inwestycje w Jakość Wody w Proszówkach
Większość dnia minęła mi na drzemce. Trochę czytałem i słuchałem muzyki ale słabe światło i senność położyły temu kres. Ułożyłem się do snu. Obudziły mnie ruch w przejściu i intensywne słoneczne światło. Zdawkowa wymiana powitań z sąsiadami, ścielenie i wyczekiwanie na wolną toaletę wypełniły pierwszą godzinę.
Za oknami, po obu stronach wagonu, jak okiem sięgnąć, woda, co dowodziło niezbicie, że jesteśmy na półwyspie. Dochodziła dziewiąta a więc do celu zostało niewiele ponad godzinę jazdy. Wykorzystałem ten czas na ogarnięcie bagażu i toaletę poranną. Wszystko poszło sprawnie i wkrótce pociąg wtoczył się na peron w Simferopolu. Objuczeni wyszliśmy przed dworzec.
Z nieukrywaną radością spoglądałem na znajome widoki. Jeszcze w wagonie postanowiliśmy od razu kupić bilety powrotne więc poszliśmy do hali głównej. Po przepakowaniu i sprawdzeniu mapy pomaszerowaliśmy na przystanek trolejbusu. Trochę musieliśmy poczekać, ale w końcu wsiedliśmy do nowoczesnego pojazdu płacąc po dwanaście hrywien od osoby. Konduktor przekazał kierowcy, że chcemy wysiąść w okolicy miejscowości Ławrowe i ruszyliśmy w drogę.
Trolejbus sprawnie wspinał się górską drogą. Po kilkudziesięciu minutach byliśmy na Przełęczy Angarskiej. Kiedy minęliśmy Ałusztę, nie mając pewności czy kierowca pamięta o naszej prośbie, zacząłem wypytywać współpasażerów o interesujący nas przystanek przystanek. Siedząca obok starsza Rosjanka, z galerią złotych zębów, oświadczyła, ze wskaże nam miejsce gdzie powinniśmy wysiąść a przy okazji, dowiedziawszy się jakie mamy plany, jęła nas przestrzegać przed niebezpieczeństwami wspinaczki na Ajudah, przytaczając mrożące krew w żyłach historie.
Wysiedliśmy we wskazanym miejscu, na ruchliwej szosie pośród pustkowia. Po chwili marszu wzdłuż drogi skręciliśmy w ścieżkę prowadzącą, jak nam się wydawało, w stronę widocznej już góry. Gruntowa droga doprowadziła nas jednak do winnicy, gdzie "poczęstowaliśmy się" kilkoma kiściami bardzo słodkich winogron i wróciliśmy na szosę. Kilometr dalej natrafiliśmy na kobietę sprzedającą czerwoną cebulę i od niej dowiedzieliśmy się, że widoczną po lewej drogą dojdziemy do szlaku wiodącego na Ajudah.
Przeczytaj także: Woda mineralna Józef: Zalety
Po kilku minutach marszu dotarliśmy do małego sklepiku, gdzie kupiliśmy wodę i od starszej pani dowiedzieliśmy się jak iść dalej. Minęliśmy szlaban i weszliśmy na ścieżkę, która początkowo prowadziła przez chaszcze, później po kamieniach a jeszcze dalej po dość stromych skałach. Wypakowane plecaki ciążyły nam okropnie. Korzystając z krótkiej przerwy, wyciągnąłem kije, które trochę pomagały ale i momentami przeszkadzały we wspinaczce.
Szliśmy tak wolno, że po chwili wyminęła nas ukraińska rodzina z dzieckiem. Wszyscy ubrani plażowo, w klapkach na nogach. Z mozołem, zalewani potem, dotarliśmy w końcu do zalesionego szczytu, gdzie zgubiliśmy oznaczenia szlaku. Dalej szliśmy po ledwo widocznej ścieżce zakładając, że gdzieś musi prowadzić. Problematyczny stał się wybór, kiedy natrafiliśmy na podobne, przecinające się dróżki.
Na dodatek zaczęło padać więc schroniliśmy się pod skałą. Kiedy deszcz zelżał, poszliśmy dalej. Po pewnym czasie dotarliśmy do polanki, gdzie postanowiliśmy odpocząć i zdecydować co dalej robimy. Rozważaliśmy nawet rozbicie obozu, bo miejsce świetnie się do tego nadawało, ale pora była zbyt wczesna a nadal nie wiedzieliśmy gdzie jesteśmy. Ostatecznie wybór padł na ścieżkę wiodącą w prawo.
Po raz kolejny zaczęło kropić więc żwawo ruszyliśmy w dół zbocza. Niestety, wybór okazał się błędny. Po kilkuset metrach utknęliśmy w gęstych krzakach między skałami. Kiedy postanowiliśmy wrócić, nie byliśmy w stanie trafić na ścieżkę, którą przyszliśmy! Przedzieraliśmy się więc raniąc skórę i ryzykując skręcenie nóg.
Zaczęło zmierzchać kiedy dotarliśmy do ścieżki. Doszliśmy nią do punktu widokowego ale tu szlak się urywał. Nie byliśmy jedynymi zdezorientowanymi turystami. Spotkaliśmy tam kilkoro młodych ludzi, którzy też nie mogli trafić na drogę powrotną. Wróciliśmy się kawałek sądząc, iż rozpoznajemy drogę, ale było to jedynie złudzenie. Czas mijał, a my pokonywaliśmy kolejne odcinki dróżek donikąd.
W końcu natrafiliśmy na właściwą i pośpiesznie zaczęliśmy schodzić w dół, ślizgając się na mokrych skałach i błocie. Słońce ostatecznie schowało się za wzgórzem więc kontynuowaliśmy marsz przy świetle czołówek. Tak dotarliśmy do polanki u podnóża góry, gdzie postanowiliśmy rozbić namiot. Wprawdzie nadal byliśmy na terenie parku, ale byliśmy zmęczeni a i perspektywy na znalezienie lepszego miejsca były niewielkie.
W świetle latarek rozbiliśmy namiot, przegryźliśmy po bułce i poszliśmy spać. W namiocie było może mało wygodnie, ale sucho i ciepło. Co chwilę świergot świerszczy przerywały wystrzały odstraszające ptaki z winnic. Obudziliśmy się przed siódmą. Nie chciało się nam wychodzić, nie było jednak wyboru. Plecak i ubrania, które zostawiłem na zewnątrz, choć pod tropikiem, nie tylko nie wyschły ale namokły jeszcze bardziej.
Grzebanie w plecaku utrudniało to, że w koło była mokra glinka, która wszystko brudziła na rdzawy kolor. W graniczący z ekwilibrystyką sposób rozpakowałem plecak, wymieniłem ubranie i wyciągnąłem jedzenie. Potem, nie bez trudu, spakowaliśmy plecaki, namiot i ruszyliśmy w dół wzgórza, na którym obozowaliśmy.
Po chwili minęliśmy szlaban i pomaszerowaliśmy w kierunku szosy. Po przejściu około dwóch kilometrów natknęliśmy się na stragan z owocami, gdzie W. kupił figi a ja zapytałem o najbliższe zejście nad morze. Uzyskane informacje nie były jednoznaczne. Kobieta twierdziła, że jest jakaś ścieżka koło bazy turystycznej, mężczyzna zaprzeczał argumentując, że wszystko jest pozamykane i jedynie idąc do Gruzuf dostaniemy się na plażę.
Podziękowaliśmy i zostawiając w prowizorycznym pojemniku śmieci, które cały czas taszczyliśmy ze sobą, poszliśmy we wskazanym kierunku. Kilometr dalej skręciliśmy w drogę prowadzącą, jak głosił wielki na pylonie, do bazy Artek. Kręta, asfaltowa droga ostro opadała w dół. Po przejściu około dwóch, może trzech kilometrów dotarliśmy do rozległego kompleksu budynków ośrodka wypoczynkowego w stylu późnego ZSSR.
Dalej natrafiliśmy na wytwórnię i skład win i po chwili weszliśmy do miasteczka. W sklepiku kupiliśmy dwie butelki wody płacąc dziesięć hrywien i poszliśmy dalej. Maszerowaliśmy rozglądając się za zejściem nad morze, ale zwarta zabudowa i ukształtowanie terenu nie nastrajały nas zbyt optymistycznie. W akcie rozpaczy zdecydowaliśmy się sforsować bramkę do ośrodka wczasowego, na której wyraźnie było napisane, że wejście jedynie z przepustką.
Wejście nie było strzeżone więc bez przeszkód dotarliśmy do zabudowań. Weszliśmy do pierwszego z brzegu i zapytaliśmy napotkaną kobietę o plażę. Była trochę zdziwiona ale pokazała nam kierunek. Mijając bardzo rozległy i piękny, mimo wieloletnich zaniedbań park, dotarliśmy do betonowej promenady i schodów prowadzących na kamienistą plażę.
W międzyczasie czyste dotychczas niebo lekko się zachmurzyło, ale to nie zniechęciło ani nas, ani też plażujących tam ludzi. Przeszliśmy pod urwisko, którym kończyła się w tym miejscu plaża i z ulgą pozbyliśmy się ciążących nam plecaków. W. poszedł się umyć i ogolić między skałami a ja zabrałem się za uzupełnianie notatek.
Niebo chmurzyło się co raz bardziej a nasze widoki na znalezienie miejsca pod namiot wyglądały mizernie. Skała skutecznie zagradzała przejście. Po drugiej stronie był park i zabudowania. Schodząc z Ajudahu ustaliliśmy, że zrobimy sobie dzień przerwy, żeby W. mógł podleczyć otarcia na stopach, ale tu nie było na to warunków.
Kiedy tak dyskutowaliśmy zaczęło kropić. Mieliśmy nadzieję, jak i większość plażowiczów, że to tylko chwilowe, więc osłoniliśmy plecaki tropikiem namiotu i przysiedliśmy pod skałami. Istotnie, po chwili deszcz ustał ale gromadzące się chmury nie rokowały najlepiej. Chwilę później deszcz spadł ze zdwojoną siłą. Pozgarnialiśmy rzeczy i pobiegliśmy pod drzewo przy parkanie.
Osłona była mizerna a deszcz nie ustawał, więc nieco dokładniej spakowaliśmy rzeczy i gorączkowo zaczęliśmy się zastanawiać co dalej. Zaproponowałem, żebyśmy przenieśli się do mijanej wcześniej w parku, zabytkowej altanki. Tak też zrobiliśmy. Altanka była z lekka zdewastowana i bardzo zakurzona ale dach skutecznie chronił nas przed deszczem.
Wprawdzie silne podmuchy wiatru towarzyszące burzy, która rozpętała się nad nami obrzucały nas drobinami wody, ale generalnie miejsce nadawało się do przeczekania nawałnicy. Po jakimś czasie dołączyła do nas para całkowicie przemokniętych, młodych ludzi. Usiłowali się rozgrzać wykonując ćwiczenia gimnastyczne, wcześniej wykręcając przemoczone ubrania. Przy okazji zalali całą podłogę wodą, z czego nie byłem zadowolony, bo wytworzyło się błocko a ja, coraz poważniej, zacząłem rozważać możliwość pozostania tu na noc.
Kiedy w końcu przestało padać pożegnali się i pobiegli przez park. Na chwilę wyszło nawet słońce, ale dzień się definitywnie kończył i musieliśmy się na coś zdecydować. Zaczęliśmy od przygotowania posiłku. Uruchomiłem kuchenkę gazową, na której zagotowałem wodę ...mineralną, która posłużyła do zalania zupek. Ciepły posiłek poprawił nam trochę nastrój, choć perspektywy były nieszczególne.
Bazując na tym, iż dotychczas nas nikt nie pogonił a park się całkowicie wyludnił, postanowiliśmy doczekać zmierzchu i rozbić namiot wewnątrz altanki. Korzystając z chwilowej poprawy pogody wyruszyłem na drobny rekonesans. W., który właśnie opatrzył sobie otarcia, zadeklarował, że popilnuje rzeczy.
Idąc asfaltową dróżką przez park mijałem archaiczne kampingi i nowoczesne bungalowy. Na szczycie wzniesienia jest obszerny amfiteatr, pomnik z popiersiem Puszkina i przejście na skały, które na mapie oznaczone są jako Grota Puszkina. W oddali piętrzą się wysokościowce, które zapewne też należą do tego kompleksu wypoczynkowego.
Wracając do altanki mijałem kilka osób, ale nie zauważyłem nikogo z ochrony obiektu. Zrelacjonowałem pokrótce mojemu towarzyszowi podróży to, co widziałem, zachęcając go do przespacerowania się. Kiedy wrócił przygotowaliśmy się do rozłożenia namiotu, ale postanowiliśmy czekać aż całkiem się ściemni. Kilkanaście metrów od naszego schronienia stała latarnia ale jej światło jedynie omiatało altanę.
Po zachodzie słońca, nie czyniąc hałasu postawiliśmy namiot i ułożyliśmy się wewnątrz, mając nadzieję, że nikt nas nie wypatrzy a jeżeli nawet, to nie będzie przesadnie ciekawy. W nocy znowu rozszalała się burza. Deszcz był tak intensywny, że koryto odprowadzające wodę zamieniło się w rwącą rzekę, budzącą obawy o stabilność budowli.
Nad ranem, kiedy deszcz ustał, słychać było w pobliżu rozmawiających ludzi. Później ktoś przechodził tuż obok nas, ale nie zainteresował się namiotem. Wyszedłem na zewnątrz. Było koszmarnie mokro, ale ciepło. Po powrocie, nie mogłem już zasnąć. Poranek przywitał nas długo wyczekiwanym słońcem. Pośpiesznie zwinęliśmy namiot.
tags: #woda #pitna #w #studniach #krym #za

