Osmoza kulturowa a kontestacja w PRL

Rzeczywistość polska w latach 60. XX w. zwykła kojarzyć się - i słusznie - z szarzyzną, prowincjonalnością i zastojem także w dziedzinie kultury. Ów swoisty autarkizm epoki gomułkowskiej, przaśność życia i relatywne zamknięcie na zewnętrzny świat Zachodu łatwo pokazać i udowodnić. Nie znaczy to jednak, że cała ta dekada, tak przecież brzemienna skądinąd w zdarzenia polityczne, jest jakąś białą plamą i pustynią w sferze wartości, ambicji młodego pokolenia, marzeń, pragnień i działań zbiorowych.

Co więcej - jest właśnie przykładem, iż żadna władza nie jest w stanie ograniczyć ludzkiej wyobraźni, stępić tęsknoty za życiem autentycznym, że socjalistyczny orbis interior (świat wewnętrzny) to gorset ideologiczny, który wprawdzie uciskał i krępował, ale jednocześnie prowokował do szukania symbolicznego utożsamiania się z orbis exterior (światem zewnętrznym). A ten oznaczał - tylko i wyłącznie - Zachód i osmotyczną absorpcję wartości uważanych za najważniejsze, aby poczuć wolność, nieskrępowanie i nadzieję. Życie było gdzie indziej, ale i my mogliśmy na miarę możliwości do tego życia metonimicznie przylegać.

Co ważne, Zachód w tamtych latach miał wszelkie cechy mitycznej krainy, dostępnej jedynie wybranym, i to na krótko, ale elementy tego świata przesiąkały przez sito socjalistycznej cenzury wyobraźni i wypełniały coraz bardziej prywatne życie zwłaszcza młodego pokolenia. Tęsknota za Ultima Thule (w średniowieczu północna kraina wyznaczająca kraniec znanego świata), gdzie wolność chadza pod rękę z radością i gdzie towarów w bród, szczególnie pociągała młode pokolenie wyżu demograficznego.

W warunkach PRL kontrkulturowa kontestacja była nie tyle antysystemowa, ile asystemowa. Tęsknota za orbis exterior. Dla prawicy obywatelski bunt bez przemocy nie jest atrakcyjny. Woli krew i poległych. Dla Polski trzeba ginąć lub zabijać, a jej zmienianie to już prawie kolaboracja. Wedle tej wykładni inteligencja w Październiku i Marcu chciała komunizm tylko trochę poprawić.

Marzec '68 - punkt zwrotny

Bezpośrednim zapalnikiem Marca było zapowiedziane 31 stycznia 1968 r. zdjęcie z afisza przedstawienia "Dziadów" w reżyserii Kazimierza Dejmka.

Przeczytaj także: Zastosowanie wężyków do filtra osmozy

Zebraliśmy 3 tys. podpisów przeciw tej decyzji. To była wielka rzecz. Jako zbieracz powiem, że podpisywała jedna na cztery osoby.

Kilkanaście osób z grona komandosów. Podpisy złożyliśmy w Sejmie, a kopie wręczyliśmy przedstawicielom środowisk twórczych. Andrzej Seweryn i ja zanieśliśmy jedną Gustawowi Holoubkowi. 31 stycznia przed Teatrem Narodowym pojawił się tłum ludzi bez biletów, bo chcieli zobaczyć głośne już i świetne przedstawienie. Myśmy też się masowo stawili. Andrzej Seweryn, Małgorzata Dziewulska i Rysiek Peryt przygotowali transparent, Karol Modzelewski w ubikacji męskiej wymyślił hasła, które się skandowało.

Spektakl stał się wielką demonstracją w obronie wolności. Ale kiedy wyszliśmy z teatru i rozwinęliśmy transparent, to prawie nikt do nas nie dołączył. Pewnie uważano, że jesteśmy prowokatorami. Taki był powszechny odruch w PRL-u, że jak ktoś mówił przeciw władzy, to na pewno jest prowokatorem. Zastanawialiśmy się, co z tym transparentem zrobić. Jaś Lityński przeszedł, zdeptał, położył. Chcieliśmy się rozejść i wtedy część z nas wyłapali. I zaczęła nakręcać się spirala. Adam Michnik i Heniek Szlajfer spotkali się z francuskim dziennikarzem, któremu opowiedzieli o przedstawieniu i demonstracji. Minister nauki Henryk Jabłoński ich za to zawiesił, bezprawnie, a my się o nich upomnieliśmy. I stąd wiec.

Marzec '68: "Na ten wiec szliśmy jak na ścięcie". Próbowaliśmy skandować: "Konstytucja", szło o artykuł 71 gwarantujący wszelkie prawa obywatelskie, ale tylko na papierze; rozrzuciliśmy ulotki. Pojawił się nasłany tak zwany aktyw robotniczy. Wiktor Górecki zaczął wołać do niego, że mamy te same cele i że nie ma chleba bez wolności. Aktyw się na niego rzucił, ale zdołał uciec. Władza użyła siły i teraz nie chodziło już o garstkę "komandosów", która protestuje w jakichś sprawach, ale o przemoc. To był piątek. W sobotę na uniwersytecie zwykle było pusto, ale na wydziale zastałam tłum studentów. Studentów, którzy nie byli na wiecu i wcześniej niespecjalnie chcieli podpisywać nasze apele. Ale teraz się ruszyli. To samo stało się na ASP, później na Politechnice i innych uczelniach. Komitet Studencki działał rozdarty między radykalizmem mas a lękiem rektorów, którzy bali się zamknięcia uniwersytetu. Przez 20 dni odbywały się wiece, strajki i dojrzewanie. Zamiast tonu: "Obiecaliście - nie dotrzymujecie" pojawił się nowy: "Mamy prawo". W ostatniej "Deklaracji Ruchu Studenckiego" napisanej przez Jakuba Karpińskiego było żądanie zniesienia cenzury, swobody zrzeszania się, gwarancji praw obywatelskich. Ale to był koniec - ruch został zduszony aresztami, rozwiązaniem wydziałów, relegacjami.

Kultura studencka w PRL

Określenie kultura studencka pojawiło się w nowomowie lat 50. i upowszechniło w epoce Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Wówczas władza komunistyczna tworzyła pojęcia mające podkreślać rolę różnych grup społecznych. Powstawały więc takie określenia, jak kultura „chłopska”, „robotnicza” czy „wojskowa”. - Tzw. Zjawiska, którymi zajmuje się badacz, dziś powszechnie uznawane są za „kultowe”. Co złożyło się na fenomen kultury studenckiej PRL? Czym była? Na jakich wartościach się opierała?

Przeczytaj także: Analiza dzbanków filtrujących wodę z RO

Początkiem zmian w całym obozie państw socjalistycznych we wschodniej i środkowej Europie była śmierć Stalina 5 marca 1953 r. Od tego dnia ruszyła lawina. Błyskawiczne zmiany następowały w wielu obszarach życia społecznego, także w kulturze. Jednym z przejawów tego procesu było zjawisko jazzu katakumbowego (YMCA w Łodzi i Warszawie), który pod koniec 1956 z całą mocą wlał się do klubów studenckich. Zakładano DKF-y, także studenckie. Tzw. popaździernikowa odwilż miała istotny wpływ na powstawanie innego modelu tworzenia i prezentowania kultury i jej twórców.

Legenda warszawskiej „Stodoły”, zaczęła się od… głodu, chociaż niekoniecznie na kulturę. W latach 50. powstała tam stołówka dla studentów, która z czasem została przekształcona w jedno z najważniejszych centrów życia kulturalnego stolicy. Wkrótce kluby studenckie zaczęły się pojawiać w całym kraju. Każde większe miasto z ośrodkiem akademickim musiało mieć swój własny klub studencki. Od 1958 r. ich liczba zwiększyła się z 9 do 250 w 1980.

W Gdańsku powstaje „Żak”, w którym karierę estradową zaczynają Czesław Niemen i grupa Niebiesko-Czarni. Oprócz „Stodoły”, w Warszawie działają „Hybrydy” - tu rodzi się polski jazz (powojenny), a swoje pierwsze utwory wykonują Krzysztof Komeda, Zbigniew Namysłowski czy Urszula Dudziak. Tomasz Stańko czy Janusz Muniak regularnie goszczą na scenie krakowskiego klubu „Pod Jaszczurami”; w Krakowie prężnie działała także „Rotunda”, w której odbywały się międzynarodowe festiwale teatralne i filmowe, Międzynarodowy Konkurs Młodych Zespołów Jazzowych Jazz Juniors czy Ogólnopolski Przegląd Kabaretów PAKA.

Przy klubach studenckich, choć nie tylko, powstają DKF-y, czyli Dyskusyjne Kluby Filmowe. To kolejny z fenomenów, omawianych przez dr. Rogowskiego. DKF-y umożliwiały kontakt ze światem sztuki Zachodu. Początek istnienia tego fenomenu wyznacza 1955 r. i pokaz filmu Dyktator Charliego Chaplina, który - w tradycyjnej formule prelekcja-seans-dyskusja - odbył się w kinie „Wiedza” (dzisiejsza „Kinoteka” w Pałacu Kultury i Sztuki w Warszawie). W kolejnych dekadach formułę modyfikowano, a działalność studenckich klubów filmowych nabierała rozmachu.

Na potrzebę uczestnictwa w kulturalnej i twórczej wspólnocie odpowiadał kolejny fenomen kultury studenckiej, czyli imprezy masowe. Z jednej strony były to festiwale i przeglądy o jasno określonym profilu, takie jak Międzynarodowy Festiwal Jazz Jamboree, który powstał w Hot-Clubie „Hybrydy” pod koniec lat 50. z inicjatywy m.in. Leopolda Tyrmanda i Jana Borkowskiego. Tyrmand wymyślił nazwę, Borkowski był głównym animatorem festiwalu. Dla polskiej publiczności, dzięki Jazz Jamboree, zagrali między innymi Miles Davis, Duke Ellington czy Ray Charles.

Przeczytaj także: Vontron w Akwarystyce: Opinie Użytkowników

Zjawiskiem osobnym był tzw. festiwal festiwali, czyli FAMA (Festiwal Artystyczny Młodzieży Akademickiej). W trakcie FAM-y Świnoujście na dwa tygodnie zmieniało się w kolorowe, osobliwe miejsce, tętniące kreatywnością. Wydarzenie integrowało najróżniejsze środowiska twórcze. Odbywały się warsztaty artystyczne, spotkania międzypokoleniowe i międzynarodowe. To na FAM-ie rozwinął skrzydła polski happening, sztuka uliczna i sztuka performansu.

Wokół działalności klubów studenckich, z inspiracji formami wyrazu „Nowego Kina”, powstaje zjawisko teatru studenckiego. Od początku swojego istnienia miał on charakter kontrkulturowy, czyli sprzeciwiający się dominującym wartościom, normom lub stylowi życia społeczeństwa. Teatr zawodowy nie realizował oczekiwań młodych ludzi, nie odpowiadał potrzebom ich ekspresji, nie dotykał istotnych i aktualnych dla nich kwestii. Aż do końca lat 70. teatr stricte polityczny właściwie nie mógł funkcjonować, dlatego uciekano się do satyry, mówienia „naokoło”.

Równolegle, a niekiedy w ramach działalności teatralnej rozwija się kabaret studencki. Od lat 50. do 80. była to jedna z najpowszechniejszych i najbardziej dostępnych form wypowiedzi artystycznej. Działalność tego rodzaju - stale pod czujnym okiem cenzury - wymagała od kabaretów studenckich wysokiego poziomu błyskotliwości. Wkrótce wyznaczał on zresztą standardy dla kabaretów niestudenckich.

Kultury studenckiej nie sposób sobie wyobrazić bez piosenki studenckiej. Samo określenie „piosenka studencka” zaczyna funkcjonować w latach 70. na fali popularności twórczości kabaretowej. Jedne z najbardziej popularnych piosenek można było usłyszeć choćby na przedstawieniach Salonu Niezależnych w wykonaniu Jacka Kleyffa czy Edwarda Lubaszenko. Krakowski Studencki Festiwal Piosenki wypromował nazwiska znane i powszechnie uznane do dziś, jak Maryla Rodowicz, Zdzisława Sośnicka, Jacek Kaczmarski czy Marek Grechuta.

Fenomenem równie istotnym, co zjawiska artystyczne, zarówno twórcze, jak i instytucjonalne, było dziennikarstwo studenckie. Z jednej strony wyróżniają się studenckie studia radiowe, najczęściej prowadzone w ramach działalności klubów studenckich - w roku 1967 w radiowej Trójce zaczyna ukazywać się nagrywana w „Hybrydach” audycja Dziekanka, później przemianowana na Wieczory w Hybrydach - ale również przy okazji tworzenia się radiowęzłów w domach studenckich. Z drugiej strony dziennikarstwo studenckie to prasa. Jeszcze przed właściwym okresem funkcjonowania kultury studenckiej, w latach 1945-1956, ukazywało się ponad 60 tytułów związanych ze środowiskiem akademickim.

Kultura studencka PRL na samym początku istnienia była pod silnym wpływem klimatu i estetyki paryskich kawiarni, artystycznej bohemy i egzystencjalnych rozważań snutych w oparach papierosowego dymu. Szybko jednak przybrała własną, niepodobną do niczego formę. Była zjawiskiem osobnym, nie wytworzonym w żadnym innym państwie bloku wschodniego, ale niemającym także swoich odpowiedników w krajach Zachodu.

W latach 1956-1989 w Polsce panują zatem szczególne warunki dla rozwoju kultury. Względna swoboda ekspresji, pomimo presji ideologicznej, zapewniała wystarczające warunki do tego, aby twórczość artystyczna i działalność kulturalna przybierały bardziej rozwinięte formy. Z drugiej strony izolacja w stosunku do głównego nurtu kultury, zamknięcie za żelazną kurtyną, wyzwoliły pokłady kreatywności i oryginalności.

Jak podkreśla badacz, ówczesna aktywność twórcza młodych ludzi była bezpośrednim wytworem sytuacji polityczno-społecznej, którą dziś należałoby uznać za niezdrową dla rozwoju życia politycznego czy funkcjonowania jednostki w braku poszanowania praw człowieka. Niemniej, w tych trudnych czasach udało się stworzyć kulturę oryginalną, różnorodną i żywą. Ironią losu jest to, że spełnienie pragnień przedstawicieli kultury studenckiej, a więc systemowa zmiana, triumf wolności i zerwanie żelaznej kurtyny, przesądziły ostatecznie o jej zaniku.

Transformacja i elity III RP

Po transformacji, po przemianie ust... Koniec warszawki? Opiniotwórcza elita III RP powstawała w dużej mierze jako kontynuacja elity PRL. Koniec warszawki? Dziesiątą rocznicę "Gazety Wyborczej" świętowano w Łazienkach, w pomarańczarni. Obecni byli wszyscy ci, którzy znaczą coś na warszawskich salonach. Imprezę połączono z sesją naukową poświęconą dziesiątej rocznicy sukcesu "Solidarności" w czerwcowych wyborach 1989 r. Zaproszeni zostali więc prezydent Kwaśniewski i generał Jaruzelski. Ten ostatni potwierdził, że "Solidarność" w 1981 r. szykowała się do brutalnego obalenia władzy. Wśród gości znalazł się amerykański finansista George Soros, twórca Fundacji Batorego. Było wielu znaczących europejskich polityków.

Bal u prezydenta był wspaniały. Najlepiej bawili się - tańcząc wokół siebie i nie odstępując się na krok - główni bohaterowie: Adam Michnik i Aleksander Kwaśniewski. Alkohol działał na nich odmiennie: gdy ten drugi milczał, ten pierwszy podekscytowany wymyślał nieobecnym przecież na poważnym przyjęciu przeciwnikom i kpił z nich przy aplauzie obecnych. Zaśmiewał się, wspomagany przez otaczającą go w stosownej odległości publiczność, z tego, że zarzucają mu przetrząsanie ubeckiego archiwum. Po czym zniknął wraz z prezydentem. Impreza dogasała.

To było apogeum salonu III RP, zwanego też towarzystwem. Jego istnieniu nie przeszkadzały niezdarne rządy AWS, które nie miały przełożenia na żadne wpływowe środowiska czy media. Zwycięstwo SLD miało przypieczętować triumf towarzystwa. W PAN podczas dyskusji na temat historii najnowszej zasłużeni profesorowie publicznie deklarowali Pawłowi Machcewiczowi, szefowi pionu edukacyjnego IPN, swoją radość z faktu, że Leszek Miller położy kres tej skandalicznej instytucji.

Narodziny towarzystwa Opiniotwórcza elita III RP powstawała w dużej mierze jako kontynuacja elity PRL. Liderzy opozycji, którzy zdobyli władzę w momencie upadku komunizmu, odmówili zdecydowanego zerwania z przeszłością i budowy nowego porządku społecznego. Uznali, że PRL-owskie środowiska nie są już niebezpieczne. Poważnym zagrożeniem dla Polski może być jedynie prawicowa rewolucja posługująca się hasłami rozliczenia komunizmu, która otworzy drogę nacjonalizmowi wspieranemu przez katolicki integryzm.

Wybór ideowy przenikał się z interesem politycznym, gdyż ekipa, która przejęła władzę w 1989 r., za swoją jedyną konkurencję uznawała prawicę. Określenie "dysydent", czyli odstępca, ma swoje uzasadnienie w odniesieniu do opozycji w Polsce (jak i innych komunistycznych krajach). W głównej mierze (poza ludźmi związanymi z Kościołem) tworzyły ją osoby pochodzące ze środowisk komunistycznych lub prokomunistycznych. W niczym nie podważa to ich wolnościowego zaangażowania i szczerości walki z PRL. Inne środowiska nie przetrwały stalinowskiego terroru.

Propagandyści kontra naukowcy Naukowcy i twórcy kultury, którzy stopniowo wybijali się na niepodległość, wchodząc w konflikt z władzami PRL, po jej upadku potrafili się pogodzić z obrońcami jej monopolu. W grę wchodziła przecież obrona własnej, nowej, monopolistycznej pozycji. Uniwersytety, placówki naukowe i kulturalne właściwie nie zostały po upadku komunizmu zweryfikowane. A przecież obok ludzi, którzy zajmowali tam zasłużoną pozycję, nawet na najlepszych uczelniach i w naukowych ośrodkach ważne stanowiska piastowali ci, których jedynym tytułem do kariery był serwilizm wobec totalitarnej władzy.

Siły postępu i reakcji Kontynuacja PRL-owskiej humanistyki w III RP prowadzi do konserwacji ówczesnych hierarchii i standardów. Niezależna kultura od końca lat 70. próbowała dokonać ich rewizji. Dziś takie próby zostały zepchnięte na margines. Powtarzana jest bez końca fałszywa teza o wielkości humanistyki PRL. Mamy więc do czynienia z niezwykle jednostronną historią myśli polskiej, w której króluje toporna dychotomia sił postępu i reakcji. Z tym że ta druga pozbawiona została głosu.

Medialny oligopol Za kreatora ideologii III RP i jej emblematyczną figurę można uznać Adama Michnika. On i jego środowisko doskonale znali znaczenie kultury dla realizacji politycznych celów. Kierowanie przez niego pierwszą niezależną gazetą w Polsce dawało mu instrument nie do przecenienia. Powołanie rządu Tadeusza Mazowieckiego doprowadziło do sojuszu "postępowych" katolików z byłą "lewicą laicką", którą reprezentował właśnie Michnik.

Dominujący i wspierający się prasowy koncern ideologiczny: "Gazeta Wyborcza", "Tygodnik Powszechny", z czasem "Polityka", dawał gotowy i w miarę jednoznaczny obraz świata, który był przejmowany i upowszechniany przez media elektroniczne, prasę kobiecą, młodzieżową itp. Przyłączała się do niego "Rzeczpospolia" (z wyjątkiem lat, gdy naczelnym był Maciej Łukasiewicz, a czasem nawet "Wprost".

Autorytety III RP to instytucja szczególna. Można powiedzieć, że są one karykaturalnym odbiciem tej i tak wątpliwej instytucji współczesnego świata. Paradoksalnie odwołują się do nich ci, którzy zajmują się deheroizacją przeszłości, a więc walką z utrwalonymi w kulturze osobowymi punktami odniesienia. Wypowiedzi luminarzy III RP nabierają natomiast automatycznie rangi dowodu.

Dominacja salonu była wspierana wieloma instytucjami. Istotną rolę, zwłaszcza na początku lat 90., odegrała dysponująca realnymi pieniędzmi Fundacja Batorego. Pączkowała ona kolejnymi instytucjami, takimi jak Instytut Spraw Publicznych. W radach programowych tych instytucji odnajdujemy ciągle te same nazwiska. To swoisty system naczyń połączonych.

tags: #osmoza #kulturowa #a #kontestacja #w #PRL

Popularne posty: