Migranci w Serbii: Obraz z pogranicza

Miałem już dość sprzecznych wiadomości o szturmujących granice Unii Europejskiej uchodźcach bądź migrantach. A jako że doniesienia przychodziły głównie z Węgier i Chorwacji, zdecydowałem się pojechać do Serbii - przecież to właśnie na serbsko-węgierskiej i serbsko-chorwackiej granicy strumieniami lał się gaz łzawiący i deszczem padały kamienie.

Do Serbii z Węgier wjeżdżałem przez przejście w Tompa - to w Röszke było zamknięte z powodu uchodźców. Do hoteliku trafiam około 7 rano. Pokój jeszcze zajęty, więc rozgościłem się w zacisznej sali pełniącej funkcje kuchni, bufetu i baru jednocześnie. Pytam żonę właściciela o sytuację na miejscu. W odpowiedzi słyszę jedno słowo: „chaos”. Dowiaduję się też, że w związku z sytuacją na granicy ruch autobusów i pociągów w kierunku Horgoš został wstrzymany.

Najgorsze jednak dla mnie jest to, że w związku z zamknięciem przejścia, uchodźców w okolicy wielu nie zostało. Wszyscy ruszyli w stronę Chorwacji, jedni taksówkami, inni podstawionymi przez serbski rząd autobusami. Wyruszam w teren. Jest 35°C, a transport publiczny w tamtym kierunku nie jedzie. Taksówkarze, korzystając z niebywałego popytu na swoje usługi, ustawili taryfę 2 euro za kilometr. Taniej dojechać pociągiem z Belgradu do Budapesztu niż kilkanaście kilometrów z okolic Suboticy do Horgoš. Strach pomyśleć, ile biorą od migrantów.

Stojąc w cieniu, obserwuję jadące od strony Horgoš taksówki wypełnione ciemnowłosymi ludźmi o ciemnej skórze. Jedne wozy zmierzają do Suboticy, zapewne na dworzec lub dalej - do chorwackiej granicy, inne skręcają do szosy na Novi-Sad i Belgrad. Po godzinie machania ręką decyduję się na podróż pieszo. Maszerując do Horgoš, mam okazję poczuć się trochę jak uchodźca. Tylko trochę, bo mam dokąd wrócić, łatwiej porozumiewam się z miejscową ludnością i orientuję się w drogowskazach. Ale podróż w palącym słońcu po szosie z kiepskim wąskim poboczem i pędzącymi znacznie powyżej dozwolonej prędkości samochodami to żadna przyjemność.

Staram się zatrzymywać puste taksówki jadące w odpowiednim kierunku, ale bez skutku. Łapać stopa już nawet nie próbuję. Po prostu idę. Na rozdrożach trafiają się wozy patrolowe, niektóre kierunki są zablokowane barierkami. Zagaduję policjantów, ale nie są zbyt rozmowni, przede wszystkim przez słabą znajomość angielskiego. Wędruję dalej. Z hukiem przelatuje obok mnie motocyklista. Już go widziałem, jechał z naprzeciwka mniej więcej półgodziny wcześniej. Nagle hamuje i zatrzymuje się około 20 metrów przede mną. Obraca się do mnie i gestem zapytuje, czy mnie podwieźć. Na miejscu jestem w kilka minut.

Przeczytaj także: Przydomowe oczyszczalnie ścieków Zawiercie

Kolejna kontrola policyjna i nareszcie jestem na słynnym przejściu w Horgoš. Krajobraz jak po festiwalu punkowym: puste butelki i plastikowe naczynia, resztki jedzenia, rozrzucone, wdeptane w ziemię ubrania i elementy namiotów. I cisza - ani żywej duszy, z wyjątkiem odpoczywających w budzie przy bramie strażników i policjantów. Słyszę, że na miejscu zostało jedynie kilka rodzin z dziećmi, oczekujących na pozwolenie na przejście do Węgier, ale dostępu do nich nie ma.

„Stosunek do migrantów w Serbii mamy raczej pozytywny. Chętnie im pomożemy na miarę możliwości. Nie ryzykujemy nic, przecież nikt u nas nie zostanie - nie są tacy głupi. A kawał chleba dla podróżnego u nas zawsze się znajdzie. Serbia to wieloetniczny kraj, gdzie wszyscy żyją w zgodzie. Ludzie robią się agresywni tylko, gdy chcesz im coś zabrać”.

„Naszym obowiązkiem humanitarnym jest danie tym ludziom schronienia, ale nie powinniśmy przyjmować ich w Europie na zawsze. Musimy pomóc im zbudować Europę u nich. Wyczyścić Irak z ISIS, postawić administrację i kontyngent wojskowy, a miliony przeznaczane na uchodźców inwestować w przemysł, infrastrukturę, kulturę. Z tym że kontrolować pieniądze powinni Europejczycy i Amerykanie, bo jeżeli powierzyć je miejscowym, to będzie jak wszędzie na Wschodzie. Wszystko ukradną. Mieszkam w Serbii, wiem, jak to jest. A zwykłe przyjmowanie milionów ludzi o innej kulturze, którzy przyniosą swoje problemy i konflikty do Europy, problem tylko pogłębi. Wie pan, ile oni płacą tutaj taksówkarzom? Jazda do Belgradu to 500 euro, do granicy od 200. W Serbii średnio się zarabia 300-400 euro miesięcznie. Skąd tamci biedni ludzie mają tyle pieniędzy? Przynajmniej rozumiem teraz brak zainteresowania wobec mnie ze strony taksówkarzy.

Improwizowany obóz uchodźców

Okazuje się, że jednak nie wszyscy migranci wyjechali do Chorwacji. W opuszczonej cegielni nieopodal zorganizowano improwizowany obóz uchodźców. Nazajutrz wysiadam z samochodu na szosie między polami wszechobecnej kukurydzy. Obóz powinien być paręset metrów przede mną, za zakrętem. Wyciągam aparat z torby, wieszam na piersi - nie mam zamiaru się kryć. Pierwsi migranci, których zobaczyłem, grają w piłkę. Lata tu i tam na tle olbrzymich cystern, masztów trakcyjnych i drutu kolczastego, a wszystko dzieje się u bram oczyszczalni ścieków. Obok cieknie strumień nieoczyszczonej wody - przy płocie oczyszczalni stoi prowizoryczny prysznic i jednocześnie pralnia dla mieszkańców obozu.

Gdy dochodzę do piłkarzy, przerywają grę. Nie z mojego powodu - po prostu za mocno kopnęli piłkę, leży teraz daleko za bramą, na terytorium oczyszczalni. Migranci - chłopcy między 18 a 25 rokiem życia - wracają do gry, a ja fotografuję i rozmawiam. Wszyscy są z Afganistanu, uciekają przed talibami. Większość pozostawiła w domu rodziny. Dokąd zmierzają? Niemcy, Norwegia, Utrecht. Dokładnie tak, nie „Holandia”, tylko „Utrecht”.

Przeczytaj także: Oczyszczalnia oksydacyjna: zasady działania

W tym czasie do przydrożnych namiotów podjeżdżają taksówki. Ludzie wsiadają, inni wysiadają. Czuję, jak ktoś od tyłu dotyka mojego ramienia. Obracam się. Wysoki szczupły chłopak uśmiecha się nieśmiało: „Pliz, foto!”. Robię kilka zdjęć, pokazuję wynik. Nieśmiały uśmiech zmienia się w uśmiech szczęśliwy. Almas - tak ma na imię - jest z Ghazni, zostawił tam 6 braci i 9 sióstr, ale nie wie, gdzie jest jego rodzina. Mówi, że uciekł przed talibami: „Nalegali żebym poszedł z nimi, ale ja nie chciałem walczyć z Amerykanami”. Pragnie dotrzeć do Norwegii i uczyć się.

Po taksówkach przychodzi czas na pomoc humanitarną - z trzech samochodów wysiadają ludzie w niebieskich i zielonych kamizelkach, wyładowują z bagażników zgrzewki wody, mleko, konserwy, artykuły higieniczne. Idę obejrzeć obóz razem z piłkarzami. Oddalamy się od szosy i wchodzimy na teren cegielni. Część ludzi zamieszkuje secesyjny budyneczek dyrekcji, inni wychodzą z hali produkcyjnej. Namioty stoją też pod wiatami, a niektórzy leżą w śpiworach pod gołym niebem.

Z rozmowy z „Despero” dowiaduję się, że wspólnie z kolegami zabrali rodziny i ruszyli do Niemiec. Jeden z kolegów miał poważny powód do emigracji - pracował w amerykańskiej bazie wojskowej, więc grożono mu śmiercią za „zdradę”. Drugi kolega ma nad Renem dalekich krewnych, czyli wybór kierunku ucieczki był uzasadniony. Jednak dla Afgańczyków luksus podróży nadmuchanym pontonem za 1500 euro jest nieosiągalny. Większość do Europy trafia pieszo. Nielegalnie z Afganistanu do Iranu, tak samo z Iranu do Turcji, z Turcji do Bułgarii i dalej do Macedonii i Serbii.

W tym improwizowanym obozie ludzie czekają albo na otwarcie granicy węgierskiej, albo na transport do chorwackiej granicy. Komu wystarcza pieniędzy, jedzie taksówką. Reszta siedzi tutaj, póki Serbowie nie podstawią autokaru. Prócz Afgańczyków, spotykam też Irakijczyków, Pakistańczyków i nawet Libijczyka. Jednego z rozmówców pytam, czy są tutaj Syryjczycy. Podobno było ich tu kilku. Może poszli do sklepu, może już wyjechali.

Żegnam się, wychodzę już na szosę, gdy podjeżdżają jeszcze dwa stare samochody. Z wozów wysiadają pasażerowie. Skromnie ubrani, wiek od 40 do 60 lat. Nie mają pięknych kolorowych kamizelek, ale też zaczynają wyciągać pakunki. Pieluchy, duże worki z odzieżą, kartony mleka, chleb, soki, woda, konserwy… Wokół szybko zbiera się tłum. Rozdają prawie wszystko, część mleka jednak zatrzymują. „This is for children!”. Katalin, Muharem i ich przyjaciele to wolontariusze „trzeciego gatunku”, czyli nieoficjalni. Najniżsi w hierarchii, ale najszczersi. Są mieszkańcami Suboticy, przedstawicielami niższej klasy średniej. Bez ideologii i grantów, po raz trzeci w tym roku organizują się, by pomagać migrantom. Trzeci, bo to już trzecia potężna fala uchodźców przelewająca się przez Serbię.

Przeczytaj także: Jak ustawić napowietrzanie?

„Wiemy, czym jest wojna. Napatrzyliśmy się na uchodźców w latach 90. Wśród nas są przedstawiciele wszystkich narodowości i wyznań występujących w regionie. Nie rozróżniamy, czy uchodźcy są chrześcijanami, czy muzułmanami. Pomóc trzeba każdemu”. Niestety nie widzę, aby adresaci pomocy doceniali ją odpowiednio - większość przyjmuje to wszystko jak należne.

Subotica i Belgrad

Wieczór spędzam w Suboticy. Uchodźców w mieście prawie nie widać - skupiają się w okolicach dworca i stacji autobusowej. Gdy fotografuję pomnik poświęcony subotickim olimpijczykom, podchodzi do mnie mężczyzna spacerujący z córką. Bierze mnie za turystę - z dumą opowiada historię monumentu. Gdy pytam go, co sądzi o uchodźcach, bez cienia namysłu odpowiada: „Szkoda ludzi. Ale nie rozumiem, dlaczego Europa nie wsadzi ich wszystkich na statek i nie wyśle do USA - przecież ci ludzie są z krajów, do których Amerykanie przynieśli demokrację. Natomiast od kelnerki w knajpie dowiaduję się, że uchodźcom można jednocześnie pomagać i czerpać z tego zysk: „Czasem my im pomagamy, czasem oni nam. Raz nasz właściciel narobi karton kanapek i im zawiezie, raz oni do nas wpadną i utarg zrobią”.

Droga do Belgradu zaczyna się na dworcu w Suboticy. Na skwerze przed budynkiem nie ma ruchu. Zwykły porządek rzeczy naruszają tylko nieliczni uchodźcy. W oczekiwaniu na pociąg rozmawiam z uchodźcami. Tutaj też są głównie Afgańczycy. Sami faceci. Na przykład Jamal Khan, który mimo ciepłej pogody siedzi w rękawiczkach budowlanych. Jego życie można streścić w kilku liczbach: ma 16 lat, 13 lat temu stracił rodzinę w ataku talibów na wioskę, rok uczył się w szkole i już od 3 miesięcy jest w drodze. Razem z kolegą zmierzają do Niemiec, gdzie chce studiować informatykę. Słabo mówi po angielsku, lecz słowa „computer science” wymawia bez wysiłku.

„Czy będę rozczarowany, jeżeli zamiast do Niemiec trafię do Polski? O Serbii Jamal mówi ciepło, najgorzej wspomina podróż przez Turcję. „Tureccy policjanci dotkliwie nas pobili, mojemu przyjacielowi złamali rękę. Mówili, żebyśmy wracali do Afganistanu, walczyć przeciwko talibom”. W przeciwieństwie do większości spotkanych Afgańczyków, nie pozwala się fotografować. „Taliban mnie znajdzie i zabije”. Pokazuje wystawione przez serbski urząd świadectwo, że jest uchodźcą.

Czy uchodźcy skupieni w okolicach położonych obok siebie dworców kolejowego i autobusowego potrafią docenić urok Belgradu? Kto wie. Czego na pewno nie potrafią docenić, to ironii kryjącej się w toponimice. Jeden obóz uchodźców znajduje się na skwerze „Bristol”, zawdzięczającemu nazwę położonemu obok luksusowemu hotelowi. Jakiż byłem zdziwiony, gdy w „bristolskim” obozie zobaczyłem starych znajomych spod oczyszczalni! Doczekali się autobusu, teraz kilka dni spędzą w Belgradzie.

Obozy dla uchodźców w Belgradzie są urządzone nieporównywalnie lepiej niż ten przy granicy. W „bristolskim” jest punkt Czerwonego Krzyża, długi szereg przenośnych toalet, stołki z kredkami i ołówkami dla dzieci, stoiska do ładowania telefonów zasilane przez baterie słoneczne. Są nawet ogromne kontenery na śmieci. O czystość dbają pracownicy służb komunalnych. Porządku pilnuje jeden policjant.

W Belgradzie pochodzenie uchodźców jest identyczne, z tym że wreszcie trafiam na Syryjczyków. Są też rodziny afgańskich Hazarów - zamieszkującego Afganistan ludu pochodzenia mongolskiego. Wyróżniają się wśród innych uchodźców nie tylko niearabskimi rysami twarzy - są najgorzej ubrani i najbardziej wycieńczeni. Trzymają się osobno jako najniższa kasta. Niestety porozmawiać z nimi nie mogę - oni nie mówią po angielsku, ja nie znam dari. Wśród licznych wolontariuszy również nie ma nikogo, kto by mówił w tym języku.

Wolontariusze tutaj też są trzech gatunków. Prócz oficjalnych, od czasu do czasu przychodzą zwykli ludzie z siatkami pełnymi jedzenia lub ubrań. Im więcej rozmawiam z migrantami, tym bardziej jednolity obraz się wyłania. Różni ludzie, różne kraje, ale rażąco podobne historie i drogi. Na przykład Irakijka Sara z zabandażowanym nosem - skutek wybuchu w Bagdadzie - razem z matką uciekła przez Turcję do Grecji i dalej. Z Iraku do Turcji legalnie dojechały autobusem, potem nielegalnie do Grecji w małej łodzi („Było nas 35 osób na pokładzie, płynęliśmy nocą. Bałam się, ale nie bardzo - morze było spokojne”). Z Grecji po kilku dniach w obozie dla uchodźców do Macedonii, znów nielegalnie: „Szliśmy przez góry, za pomocą GPS-u w telefonie - przewodnik nie poszedł z nami, tylko pokazał szlak. Tak samo szliśmy z Macedonii do Serbii. Teraz czekamy na transport do Chorwacji”. Ma 22 lata, jest studentką biologii i chcę kontynuować studia w Niemczech. W Iraku zostali jej ojciec i młodszy brat.

Syryjczycy Abdul-Naser (27 lat) i Naeem (26 lat) pochodzą z Homs. Abdul-Naser z rodziną od 3 lat mieszkał w Turcji w obozie dla uchodźców. Naeem miał mniej szczęścia - jego rodzina została w Syrii. Sam też ma „pamiątkę” w postaci blizny na ramieniu - mówi, że postrzelono go przypadkowo na ulicy. Walczyć nie chcą - „Assad jest zły, ISIS jeszcze gorsze”. Marzą, by dotrzeć do Niemiec, znaleźć pracę na budowie i ściągnąć rodziny.

tags: #oczyszczalnia #sciekow #biuro #blizne #opinie

Popularne posty: