Maciej Malicki: Portret Człowieka i Twórcy
- Szczegóły
Maciej Malicki zaistniał w opowieściach Piotra Sommera, a pierwszy raz zobaczyłem go, kiedy zaczął pracować jako sekretarz w redakcji „Literatury na Świecie”, zmieniając na tym stanowisku Darka Foksa.
Ponieważ Darka lubiłem, to może czułem odrobinę rezerwy w stosunku do Maćka, ale trwało to króciutko, bo się okazał - by charakterystycznego dla niego epitetu użyć - kapitalnym facetem.
W trakcie jednego z Portów, a może jeszcze Fortów, wymyśliłem sobie dla niego ksywkę Czyngis-chan z ludzką twarzą. Ze względu na chustkę na łysej głowie i czarne okulary skojarzenia z piratem też byłyby na miejscu, a jasny prochowiec przy jego posturze i tychże okularach mógłby podpowiadać coś związanego z miastem (w każdym mieście jest miasto).
O nic go nie podejrzewałem, a już najmniej o to, że pisze. Znów chwila niepewności, kiedy z wahaniem, jakby bał się, że popełnia nietakt, zapytał kiedyś, czy bym w wolnej chwili nie rzucił okiem na jego prozę, takie tam, może coś warte, może nie.
Nie było w tym nic z krygowania, raczej obawa, że ja mogę się znaleźć w niezręcznej sytuacji, kiedy się na przykład okaże, że nie zrobi na mnie ta proza dobrego wrażenia. Też się trochę bałem, bo nigdzie nie jest powiedziane, że kapitalny facet musi pisać - by kolejny raz posłużyć się ulubionym słowem Maćka - fantastyczną prozę.
Przeczytaj także: Gdzie kupić wodę destylowaną?
W gruncie rzeczy nic się nie wie o ludziach, których niby się zna, a których z pewnością się lubi. „Ogryzki z NY”, które drukował „Akcent” w numerze 4/2000, skłonny byłem uważać za debiut Maćka, nic nie wiedząc o jego wierszach w „Odrze”, o publikacjach w „Nowym Wyrazie” - albo raczej nie pamiętając, skoro zdarzyły się w czasach, kiedy czytałem wszystko.
Po tych prozach, które poznałem w maszynopisie, już mnie tak bardzo nie zaskoczyły „Dramaty i Balety legnickie” w nr 7 „Dziennika Portowego”, niezwykle zabawny, inteligentny i magnetofonowo wierny zapis festiwalowego klimatu i po części jego kronika towarzyska.
Po paru miesiącach od książkowego debiutu wychodzi druga książka Macieja Malickiego, tym razem powieść? pod intrygującym tytułem 60% słów.
Dałoby się o niej powtórzyć (zastępując tylko czymś słowo debiut) to, co napisał na czwartej stronie okładki Kawałka wody Piotr Sommer.
„Ludzkie ucho nie słyszało, albo - nie usłyszeć mogło. A przecież Maciej Malicki relacjonuje tę niesłychaną przygodę ucha bez zmrużenia powiek i z taką płynnością, jakby spisywał rozmowy swoich bohaterów z jakiejś magicznej taśmy, lub przynajmniej - z pamięci.
Przeczytaj także: Inwestycje w Jakość Wody w Proszówkach
Skończywszy temat twórczości Macieja Malickiego, można by przejść do dygresji na temat podróży i spostrzeżeń, które towarzyszą bohaterowi w drodze.
Tylko to jest ciekawe - co idzie w bok. Ojcowie założyciele tych wysuniętych placówek polszczyzny - Buczkowski, Białoszewski - byliby Maciejowi Malickiemu radzi. Skoro mowa o radości i przyjaźni (jest taki rzeczownik?) to nie od rzeczy będzie powiedzieć, że 60% słów jest nie tylko książką przyjazną językowi, ale też światu i ludziom.
To, jak myślę, równie wielka rzadkość, może nawet jeszcze większa. To coś, co można by nazwać kulturą uczuć, taktem, wrażliwością. Zero krzyku, zero chamstwa, zero akcji. Bo cóż to za akcja - opisy i dialogi?
Opisy tego, co w pociągu, i głównie tego, co za oknem pociągu. Dialogi? Co to za dialogi, kiedy „Wszedłem do ciemnego przedziału. Wrzuciłem na półkę plecak, a kurtkę powiesiłem na wieszaku, nad fotelem obok.
Co w ten sposób zyskujesz? Oszczędzasz sobie widoku twarzy, czasem nawet ładnej, na której pojawia się niesmak, obrzydzenie i złość, kiedy ten ktoś szybko, choć za późno, orientuje się, że w tym przedziale się pali.
Przeczytaj także: Woda mineralna Józef: Zalety
Kiedy nie jesteś pierwszy w przedziale, może być dużo gorzej. Dawne schematy zawodzą, ktoś obstawiony puszkami z piwem może się okazać wrogiem nikotyny.
Podobnie jak kobieta o wyglądzie emerytowanej pracownicy agencji towarzyskiej, gdyby trzydzieści lat temu były takie agencje. Kiedy zapalisz - nie od razu, bo to już nie ma znaczenia - któryś zapyta, czy nie mógłbyś wyjść na korytarz.
Nie, nie mógłbyś, bo na korytarzu nie można palić. Zaproponuje ci przedsionek, odpowiesz, że nie paliłeś w młodości w szkolnym kiblu, nie będziesz na starość palił w sraczu (tam też nie wolno, ale to teren poza kontrolą).
Czy ci ludzie pierwszy raz w życiu jadą pociągiem? Czy ci ludzie są analfabetami i nie umieją czytać nawet obrazkowego pisma? Myślę o szkole, gdzie Ferydurke jest lekturą obowiązkową.
Myślę o prymasie występującym w telewizji, apelującym, żeby w Wielkanoc telewizji nie oglądać. Na szczęście często nie wiedzą, co robią.
„Nie ma bezpiecznych papierosów. „Ilość faktycznie wdychanej nikotyny i substancji smolistych jest uzależniona od sposobu palenia.
Do Wilna można polecieć, można też pojechać - zapewne, gdyby mieć dość czasu, można też by pójść na piechotę. Dwa lata temu wybrałem pociąg, już nie pamiętam, czy to był mój własny nieprzymuszony wybór, czy tak zdecydowała twarda rzeczywistość budżetowa, która powiedziała samolotom: takiego wała!.
Pamiętam natomiast świetnie, że choć gośćmi festiwalu Poezijos pavasaris byli obywatele kilkunastu krajów, wśród nich i takich, co uchodzą za dużo biedniejsze od Polski, ja jeden przyjechałem pociągiem.
I patrzyli na mnie dość dziwnie - dorosły facet, a boi się latać samolotami? Mając skrupuły, jak zawsze musi je mieć ktoś, kogo zmuszano w młodości do czytania Żeromskiego, jak tonący brzytwy uczepiłem się niechęci młodszego kolegi do latania i poprosiłem tak jak on Centralną Instytucję o zafundowanie tej podróży koleją.
Wrodzona mi niechęć do wyciągania ręki po pieniądze podatnika sprawiła, że to podanie złożyłem dość późno. W zaproszeniu holenderscy organizatorzy wskazywali dwie możliwości uzyskania środków na podróż - związek pisarzy i Centralną Instytucję.
W Centralnej Instytucji są różne Departamenty. Czy jeśli chodzi o podróż do Maastricht (półtora miesiąca po historycznej dacie 1 maja 2004) może być bardziej obiecujący Departament niż Departament o nazwie Departament Współpracy Międzynarodowej i Integracji Europejskiej?
Centralna Instytucja ma wiele Departamentów, które ze sobą współpracują. Tak więc takie podanie Departament Integracji wysyła do Departamentu Sztuki powiedzmy, by ten wyraził swoją opinię.
Z opinią wraca toto tam, gdzie zostało złożone i podejmowana jest decyzja. No to mamy te bilety w kieszeni - pomyślał poeta ze Skierniewic, a ja mu do wtóru.
Jednakowoż pani Dyrektor Departamentu była łaskawa przebywać na zwolnieniu lekarskim, a to ona podejmuje decyzje. Przy kolejnym telefonie poeta ze Skierniewic dowiedział się, że przecież w Centralnej Instytucji jest jeszcze Departament Finansowy, a ten obwieścił o drakońskich cięciach.
Na panów miejscu nie liczyłbym na te bilety - powiedział ten sam miły pan. Źle zrobiłem, zostawiając sprawę w rękach młodego niedoświadczonego kolegi, pomyślałem i zadzwoniłem sam. Otrzyma pan odpowiedź na piśmie - powiedział miły pan, ale nieoficjalnie mogę powiedzieć, że będzie negatywna.
O, Holender! Chociaż Holendrzy nie pokrywają kosztów podróży, Hans napisał, żeby gdyby były z tym kłopoty, dać im znać. Niech wiedzą, kogo przyjęli do tej Unii?
Ładnie to tak podkablowywać swój kraj, jego - za przeproszeniem - dziadostwo? Telepać się autobusem za własne pieniądze, bo na taką podróż by mnie było stać?
(Po autokarowej podróży do Niemiec parę lat temu tak mi się porobiło w kolanach, że widmo poruszania się na wózku zajrzało mi w oczy). Wystawić Holendrów do wiatru i wcale nie pojechać, a żeby mieć usprawiedliwienie to umrzeć dwa dni wcześniej?
Ale jak tu umierać, kiedy ciągle dzieje się coś zaskakującego, a dopóki zachowujemy zdolność do zdziwienia, wciąż jesteśmy dziećmi, umierać jako dziecko? Przykłady? Najwyższa Izba Kontroli wypowiadająca się o jakości polszczyzny stosowanej w urzędach.
Kto miał w ręce jakiś pokontrolny protokół sporządzony przez tę firmę, wie w czym rzecz. Albo Jarosław Marek Rymkiewicz jako poeta wieku średniego.
26.12.2005 Od paru dni mieszkam w pensjonacie, w Grecji. To jakiś marny pensjonat, parterowy, niby barak, z przecinającym go wzdłuż korytarzem, po którego obu stronach umieszczone są pokoje.
Fatalna pogoda, przez kilka dni nic nie widać z okna poza deszczem, nie wychodzi się w ogóle na dwór. Jakieś swoje rzeczy złożyłem w swoim pokoju, ale mieszkam w pokoju vis a vis z Dzidką i Markiem. Teściowie mają pokój przy drugim końcu korytarza.
Kiedy pogoda się poprawia, do pensjonatu zaczynają przyjeżdżać goście, sami Polacy. Do tej pory byliśmy w nim chyba tylko my. Zabieram rzeczy z tego niewykorzystywanego pokoju. Nowi lokatorzy pytają, czy przyjechałem samochodem i kiedy wracam.
Zastanawiam się, kiedy wracamy. Przyjechaliśmy na dwa tygodnie, więc powinniśmy wyjeżdżać koło dwudziestego. Domyślając się, że być może któryś chce się zabrać, mówię, że jest nas pięcioro, to fiat 125 i nie mamy miejsc.
Z tego, co mężczyzna mówi o 20 minutach, wnioskuję, że chciałby pożyczyć samochód na jakiś krótki wyjazd do pobliskiego miasta. Tłumaczę mu, że tak naprawdę to ten samochód jest samochodem teścia.
Wyglądam z okna pokoju Dzidki i Marka, pod oknem jest morze, częściowo fundamenty pensjonatu stoją w wodzie, nie na palach, a w wodzie. Woda jest szara, ale dość przejrzysta. To Morze Egejskie, pływają w nim wodorosty, kąpią się jacyś ludzie.
Dzwoni telefon, odbieram - Jerzy Leszczyński z Lublina, właśnie zaczyna konferencję prasową, związaną z nowym spektaklem Teatru Wizji i Ruchu, prosi, żebym nie odkładał słuchawki, chce, żebym pod koniec tej konferencji coś powiedział.
Trzymam słuchawkę przy uchu przez kilkadziesiąt minut, nie mam podsłuchu. Myślę, że szasta pieniędzmi, takie długie połączenie musi kosztować, myślę, że mój kontakt z tym teatrem urwał się już dawno, nie wiem nic o przedstawieniu, nie wiem, co miałbym mówić.
W puławskim mieszkaniu odkorkowuję gąsior ze ściągniętym i sklarowanym winem, które stało już kilka miesięcy. Ledwie wyciągnąłem korek, wino zaczyna się burzyć; boję się, że wykipi; zakrywam otwór dłonią, nie wierząc, że to cokolwiek pomoże.
Ocieplano nasz blok, w maju pojawiły się ogłoszenia, nakazujące uprzątnięcie balkonów, zdemontowanie wszelkich daszków, drabinek, skrzynek balkonowych. Parę tygodni wcześniej posadziliśmy pelargonie, trochę innych kwiatów.
W trzydziestostopniowym upale demontowaliśmy konstrukcję ze zbrojonego szkła, z którego dwadzieścia dwa lata wcześniej zrobiliśmy z teściem obudowę balkonu. Podpróchniałe listewki, zardzewiałe śruby.
Zdumienie, że sami we dwóch byliśmy to w stanie pociąć, dopasować, poskręcać, pomalować. Pot kapał dużymi kroplami z czoła, brwi, nosa. Tachałem z synem te szklane tafle do piwnicy, ciężkie, duże, nieporęczne.
Zadzwoniłem do Pawła Gembala, czy mógłby nam pomóc wywieźć na działkę kwiaty. I choinkę, która rosła w doniczce od zimy, raczej dogorywała, i jakieś iglaki… Całe lato balkon stał pusty, rusztowania zaczęli stawiać pod koniec sierpnia.
A teraz w grudniu ocieplają piwnice, te piwnice trzeba udostępnić, a wcześniej przygotować tak, żeby na pół metra od sufitu była wolna przestrzeń. Po doświadczeniach z balkonami nikt się specjalnie nie spieszył.
I teraz w piwnicy wszyscy sąsiedzi z klatki jednocześnie, i już robotnicy z taflami jakiejś waty cieplnej, którą będą przyklejać warstwami do sufitów, by potem kłaść na to natryskowo tynk.
Młodzi, sympatyczni i klną jak szewcy, sąsiedzi też klną. Oni się usprawiedliwiają: „Ja tego nie wymyśliłem”. „Męża nie ma, sama jestem, niech panowie robią, co chcą” - podoba mi się wieloznaczność tej kwestii sąsiadki z góry.
tags: #woda #gazowana #Gąsior #Niemcy #opinie

