Odwrócona sygnalizacja świetlna w Chinach: Jak działa?

W ostatnim czasie w przestrzeni publicznej na nowo wybrzmiała dyskusja na temat tego, ile Polska mogłaby zyskać na współpracy z Chinami i ile straciła, nie podejmując tej współpracy trzy lata temu. Ponieważ wbrew obiegowej opinii wydaje się, że Chińczycy niewiele mogą Polakom zaoferować. Po pierwsze dlatego, że nie chcą lub nie mogą. Po drugie, polski rynek nie wykorzystałby szans stworzonych przez umowy polityczne zawarte na pułapie międzyrządowym. Bądź to z braku potencjału lub też z braku chęci.

Gospodarcze relacje polsko-chińskie

Powołując się na dane z bardzo ciekawego raportu Adriana Brony warto zaznaczyć, że - od czasu podpisania w 2011 deklaracji polsko-chińskiej o strategicznym partnerstwie - wymiana handlowa między krajami wciąż pozostaje na bardzo niskim poziomie. W 2011 roku polski eksport do Chin stanowił zaledwie 1% całego krajowego eksportu. Do 2019 roku poziom ten wzrósł do zaledwie do 1,1%. Znacznie bardziej zyskali na tym Chińczycy, ponieważ import z Państwa Środka stanowił w 2011 roku 8,7% całego polskiego importu, natomiast w 2019 roku było to już 12,3%. W liczbach bezwzględnych nasz ujemny bilans handlowy wciąż się powiększał i zeszłym roku wyniósł blisko 30 miliardów dolarów. Tak więc pod względem czysto biznesowym, Polska nie zyskała wiele mimo przystąpienia do:

  • formatu 17+1 w 2012 roku (wówczas to był 16+1),
  • Inicjatywy Pasa i Szlaku w 2015 roku,
  • Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych (AIIB) w 2016 roku.

Mało tego, autor wyżej linkowanego raportu wskazał, że niespecjalnie na współpracy zyskali polscy rolnicy. Mimo znacznego proporcjonalnego wzrostu eksportu polskich produktów spożywczych w latach 2011-2019 (z 35 do 211 milionów dolarów) eksport ten stanowi i tak zaledwie 0,7% łącznej wartości polskiego eksportu żywności. Wynika to z wielu czynników, ale tym chyba najistotniejszym jest odległość od chińskiego rynku. Transport morski trwa długo, a lądowy jest drogi i nieopłacalny w przypadku tanich towarów wymagających znacznej ilości miejsca w kontenerach.

Raport Adriana Brony wskazał ponadto na coś, co dla zainteresowanych było wiedzą oczywistą. Chińskie inwestycje nie polegają na budowaniu zakładów produkcyjnych, a na przejmowaniu już istniejących. Cele są proste: przejmowanie zachodnich technologii i know-how oraz ekspansja na zewnętrznych rynkach. Wykupowanie ewentualnej konkurencji często kończy się także przenoszeniem produkcji do Chin i pozostawianiem szczątkowej struktury w kraju macierzystym. Państwa UE zaczęły się przed tym bronić poprzez wprowadzanie do umów sprzedaży zakładów regulacji wymuszających utrzymanie zatrudnienia a czasem nawet produkcji na dotychczasowym poziomie. Jednak zanim tak się stało, wiele np. greckich a nawet francuskich firm padło ofiarą rzeczywistej likwidacji, przeniesienia produkcji i przejęcia firm czy dobrze sprzedającego się loga.

Niemniej, by doprowadzić do podpisania dobrej umowy należy zdawać sobie sprawę z tego, że partner z Pekinu wykorzysta wszystkie słabości tej umowy na naszą niekorzyść. I jeśli umowa będzie słaba - to wyciśnie nas jak cytrynę. Bez żadnych sentymentów związanych z tym, że Polska jest „bramą” do Europy na drodze Nowego Jedwabnego Szlaku (a konkretnie jednej z jego nitek i to tej przechodzącej również przez Rosję).

Przeczytaj także: Sterowniki i usterki ASUS K52J

Polska nieodpowiedzialnym partnerem w oczach Chin? Doświadczenia z współpracy

Istnieje narracja zgodnie z którą, Chińczycy sparzyli się na inwestycjach w Polsce w 2011 roku, kiedy to mieli zbudować polską autostradę A2. Niektórzy z komentatorów nie mogli zrozumieć, jak polski rząd mógł pozwolić, by polscy przedsiębiorcy zawyżali ceny materiałów i maszyn, które chcieli nabyć lub wynająć wykonujący kontrakt Chińczycy. Miało to w oczach władz z Pekinu pokazać, że Polska nie jest krajem poważnym ponieważ nie potrafi zdyscyplinować swoich przedsiębiorców i sektora budowlanego. Nie sposób się z tą narracją jednak zgodzić.

W mojej ocenie polskie firmy zachowały się zupełnie racjonalnie broniąc własnego rynku. Chińczycy zaoferowali dumpingowe ceny w celu wygrania przetargu przy dużym niedoszacowaniu kosztów budowy. Chcieli wykonać zlecenie korzystając z własnej taniej siły roboczej oraz tanich materiałów dostępnych na miejscu. Sukces takiego przedsięwzięcia oznaczałby wyłamanie drzwi do polskiego rynku. W krótkim czasie chińscy wykonawcy przejęliby rynek przetargów publicznych i doprowadzili rodzime polskie firmy do bankructwa. Polskie firmy narzucając wysokie ceny materiałów i ewentualnego wykonawstwa dla Chińczyków zwyczajnie broniły się przed obcą ekspansją. Gdyby nie to efektywne działanie, być może dzisiaj nie mielibyśmy już rodzimych dużych firm budowlanych ani nawet technologii do budowy podstawowej infrastruktury. Zastanówmy się dlaczego polski sektor tak zdecydowanie odpowiedział na próbę akurat chińskiej ekspansji. Przecież na nasz rynek budowlany z powodzeniem weszły firmy z zachodu - zwłaszcza niemieckie. Fakt, że z każdego jednego euro dotacji unijnej udzielanej Polsce aż ok. 85% centów wraca do Niemiec wziął się m.in. z tego to niemieckie firmy wygrywały w Polsce przetargi publiczne. Więc czemu polski rynek nie walczył tak skutecznie i zaciekle również w tym przypadku?

Różnice między firmami z zachodu i wschodu są dość istotne. Niemiecki wykonawca wykonywał zlecenie głównie lub przede wszystkim polskimi wykonawcami. Ci korzystali z mniejszych polskich podwykonawców a wszyscy zaopatrywali się w polskich hurtowniach z materiałami. Materiałami w dużej części produkowanymi na miejscu. Każdy w tym łańcuchu dostaw mógł zarobić. Nawet te 15 centrów z każdego dotacyjnego euro dawało w miarę szybkie warunki rozwoju. Podobnie jak fakt, że polskie firmy pracując pod niemieckimi wykonawcami nabywały nowe kompetencje. Uczyły się budować skomplikowanych obiektów infrastrukturalnych, co z kolei dawało w przyszłości szansę na zdolność samodzielnego wygrania przetargu publicznego.

Chińczycy mieli zupełnie inny model biznesowy. Oparty na chciwości i eksploatowaniu klienta, jeśli ten pozwalał się eksploatować. Do cna. Chińczycy nie chcieli dzielić się technologiami, a infrastrukturę zamierzali budować w jak największym stopniu własnymi - tańszymi - pracownikami. Jednak to do czego nie mieli dostępu to surowce. Ściąganie maszyn, piasku, cementu i innych surowców z Chin nie wchodziło w grę. Byłoby to zbyt drogie i czasochłonne. I dzięki tej zależności polski rynek budowlany zdołał się obronić. O co niektórzy zdaje się mają pretensje.

Kolonizacja gospodarcza

Jeśli sprawa budowy CPK (lotniska i kolei w Polsce) miała w wizji chińskiej wyglądać podobnie jak budowa autostrady A2, to należy się cieszyć, że Chińczycy nie otrzymali tego kontraktu. A już kuriozalnym pomysłem byłby taki, w którym polskie przedsiębiorstwa budowlane zostałyby odsunięte od intratnego kontraktu na budowę lub choćby podwykonawstwo CPK, a w zamian za to otrzymałyby propozycję stania się chińskimi podwykonawcami w Afryce… Zastanówmy się chwilę nad bilansem zysków i strat takiego ewentualnego porozumienia, gdyby wyglądało w ten sposób, że:

Przeczytaj także: Zastosowanie wężyków do filtra osmozy

  • Chińczycy otrzymaliby udział własności w strategicznej inwestycji w Polsce, która mogłaby służyć np. do przyjmowania wojskowych samolotów transportowych NATO,
  • Chińczycy otrzymaliby dobre, niezwykle intratne kontrakty w Polsce, które wykonaliby niemal całkowicie swoimi firmami i pracownikami z Chin,
  • W zamian Polska otrzymałaby średnio-opłacalne kredyty na inwestycję (bo chyba nie łudzimy się, że ktoś by nam coś wybudował za darmo), które po wybudowaniu CPK należałoby spłacić,
  • Polskie firmy zostałyby z niczym na własnym rynku, ich pozycja by mocno spadła a przyszłość byłaby zagrożona, ale za to w ramach rekompensaty mogłyby przejść na znacznie gorzej płatny i opłacalny afrykański rynek i to tylko jako podwykonawcy chińskich firm.

Jeśli tak wyglądałby deal, to trudno nie oprzeć się wrażeniu że zgodzilibyśmy się dobrowolnie na chińską kolonizację polskiego sektora budowlanego. Przy okazji dając Chińczykom w praktyce dożywotnie prawo własności do części newralgicznej infrastruktury krajowej (no chyba, że postanowiliby to prawo sprzedać). Jeśli to miałoby zmienić łańcuchy dostaw w Polsce, to zmiana taka byłaby katastrofalna dla naszego rynku.

Warto w tym miejscu przypomnieć o książce Johna Perkinsa pt.: „Hitman. Wyznania ekonomisty od brudnej roboty”, gdzie autor wskazał, jak Amerykanie kolonizowali Amerykę Południową. Co zresztą było modelem dla późniejszej ekspansji Niemiec w Europie Środkowej oraz Chin na wszelkich interesujących je kierunkach (w tym w Afryce). Mechanizm uzależniania państw polega m.in. na tym, że państwo kolonizujące udziela „pomocy” w formie kredytu lub pożyczki. Przy czym warunkiem tego jest wydanie pieniędzy z niej pochodzących na budowę infrastruktury. Oczywiście kontrakty na przedmiotowe inwestycje muszą zostać wykonane przez firmy z państwa udzielającego kredytu lub pożyczki. W ten sposób pieniądze z pożyczki wracają na powrót do kraju skąd zostały wytransferowane. Powstaje oczywiście infrastruktura, ale ta w całości lub częściowo należy do firm z kraju pożyczkodawcy. Natomiast ofiara tego rodzaju pomocy musi jeszcze spłacić odsetki. Tego rodzaju metody były narzucane siłą i w sposób polityczny przez USA krajom Ameryki Środkowej i Południowej. Ten mechanizm zastosowano np. w Iraku po jego zajęciu. To dlatego polskie firmy niewiele tam zarobiły - bo polski rząd nie wyłożył kasy na odbudowę Iraku, a amerykanie nie chcieli się dzielić z Polakami własnymi dolarami.

Mając na uwadze powyższe doświadczenia innych, powinniśmy wystrzegać się dobrowolnej zgody na kolonizację - choćby początkowo miała dotyczyć tylko jednego sektora gospodarczego. I to w momencie gdy polski sektor budowlany - wraz np. z transportowym i rolniczym - stał się główną siłą napędową naszej gospodarki. Nasze firmy przez ostatnie dwie dekady rozrosły się na tyle, by walczyć na własnym polskim rynku z tymi z zachodu. Oferowanie im podwykonawstwa i to jeszcze na egzotycznym, dalekim i nisko dochodowym rynku to oczywista degradacja. Można napisać mocniej. Wykluczanie polskich firm z budowy CPK w zamian uzyskanie dla nich podwykonawstwa w Afryce to tak jakby powiedzieć: „tutaj już się dorobiliście, teraz spieprzajcie do Afryki pracować na Chińczyków”. Oczywistym jest, że nikt dobrowolnie na taki interes życia by się nie zgodził.

Rynek potrafi o siebie zadbać - bez pomocy polityków ale byleby nie przeszkadzali

Biznes sam potrafi o siebie zadbać. Przedsiębiorcy wykorzystują szanse, okazje i atuty jakimi dysponujemy lepiej niż ktokolwiek inny. Lepiej niż politycy, geopolitycy czy różnej maści naukowcy - choćby z tytułami profesora. Rolą rządów jest oczywiście otwieranie drzwi, poprzez podpisywanie umów międzynarodowych. Jednak gdy już takie istnieją (a polsko-chińskie istnieją), to biznes samodzielnie powinien decydować o tym, czy ze stworzonych warunków skorzysta czy nie. To przedstawiciele firm wiedzą lepiej jak dysponować swoimi zasobami by te przynosiły największe stopy zwrotu. A największe stopy zwrotu dla polskich firm budowlanych i eksporterów są te w Unii Europejskiej. Po pierwsze dlatego, że Polska sąsiaduje z gospodarczym sercem Europy w postaci Niemiec. To tam są największe pieniądze do wyciągnięcia. Po drugie Polska znajduje się w unii handlowej w ramach UE. Ta zniosła wszelkie cła i taryfy co pozwoliło łatwo podbić polski rynek zagranicznym koncernom, ale i ułatwia to polski eksport. Z czego skorzystał sektor transportu drogowego, który podbił unijny rynek oferując niższe ceny (co notabene spotkało się z reakcją Francji i Niemiec oraz wprowadzeniem tzw. pakietu mobilności). Po trzecie rynek Unii Europejskiej to jeden najbardziej chłonnych rynków konsumenckich na świecie. I Chiny marzyłyby o tym, by zamienić się z Polską miejscami w celu zwiększenia handlu z Europą Zachodnią. Cały chiński wysiłek infrastrukturalny nastawiony jest na to, by zbudować trwałe i bezpieczne szlaki handlowe z Chin do Europy. Hasło Nowego Jedwabnego Szlaku nie schodzi z ust polskich geopolityków. Chińczycy chcą być dokładnie tu gdzie my. Chcą mieć dostęp do bogatego rynku zbytu. Tymczasem w Polsce pojawiają się głosy, że Polskie firmy powinny zarabiać w biednej Afryce jako chińscy podwykonawcy. Zamiast budować w Polsce: mosty, wiadukty czy lotniska, mieliby zarabiać na usypywaniu dróg szutrowych pośrodku dżungli (to skrót myślowy, ale obrazuje rzeczywistość). Gdzie tu jest rozwój?

Daliśmy sobie wmówić, że trzeba podbijać, daleki ale za to ogromny chiński rynek, który dysponuje miliardową populacją. Problem w tym, że chińskie władze nie dopuszczają zagranicznych firm na swój rynek. Chińczycy nie jeżdżą BMW czy Mercedesami tylko chińskimi podróbkami, które przypominają polskie marki z lat 90-tych typu: „Adonis” czy „Adidos”. Różnica polega na tym, że u nas noszenie butów z czterema paskami było obciachem, a władze ChRL robią wszystko by to chińskie marki dominowały w Chinach. Bo to Pekin ma kolonizować, a nie być kolonizowanym.

Przeczytaj także: Odwrócona osmoza: Twój przewodnik

Nowy Jedwabny Szlak nie jest budowany przez Europejczyków w celu dotarcia do rynku chińskiego tylko przez Chiny by dotrzeć do europejskiego konsumenta. Bo tutaj można zarobić najwięcej (obok USA). Skoro tak, to nie powinno dziwić, że Polska gospodarka żyje z handlu z Unią Europejską. Polskie firmy nie muszą wysyłać pracowników i towarów tysiące kilometrów dalej do Azji i Afryki, ponieważ lepszą cenę uzyskają w pobliskich Niemczech. Gdzie transport jest szybki i tani - bo jest blisko. Mało tego, nawet gdy polskie firmy budowlane nie mogły konkurować z niemieckimi na ich własnym rynku w zakresie przetargów publicznych to wymyśliły jak to ograniczenie obejść. Powstały setki polskich firm, które wysyłały polskich a następnie ukraińskich budowlańców do Niemiec w ramach delegacji. Polacy budują i remontują niemiecką infrastrukturę nie uczestnicząc formalnie w strukturze wykonawców i podwykonawców. Zwyczajnie wynajmują pracowników. A euro z niemieckich kontraktów płynie do Polski. Dla polskiej gospodarki najbardziej korzystnym scenariuszem jest taki, w którym polskie firmy dorobią się jak najwięcej w możliwie najkrótszym czasie. I takie warunki gwarantuje region, a nie dalekie: Azja czy Afryka.

Rok Polski eksport do Chin (% całego eksportu) Chiński import do Polski (% całego importu)
2011 1% 8.7%
2019 1.1% 12.3%

tags: #odwrocona #sygnalizacja #swietlna #Chiny #jak #działa

Popularne posty: