Odwrotna Procedura Wyboru: Analiza i Perspektywy Habilitacji w Polsce
- Szczegóły
Środowisko akademickie wytwarza dwa zasadnicze rodzaje dóbr: absolwentów (licencjatów, inżynierów, magistrów, doktorów) oraz wyniki badań naukowych.
Przeczytałem uważnie „Dwugłos o habilitacji” opublikowany w Academii - portalu Polskiej Akademii Nauk, zapoznając się z poglądami zarówno prof. Andrzeja Jajszczyka, jak i prof. Dariusza Jemielniaka.
Prof. Jajszczyk sprzeciwia się habilitacji, postrzegając ją przez pryzmat obecnych realiów („Już od dawna stopień doktora habilitowanego ma niewielki związek z jakością badań uprawianych przez legitymujących się nim naukowców, dając jednocześnie niektórym z jego posiadaczy złudne poczucie wielkości”). Z kolei prof. Jemielniak opowiada się za jej zachowaniem ze względu na to, czym habilitacja powinna być („Co zatem należy zrobić z habilitacją? Nie likwidować, ale reformować. Poprawić i ujednolicić standardy”).
Pozornie obie wypowiedzi są sprzeczne.
W warunkach polskich można mieć poważne wątpliwości, czy taka weryfikacja w ogóle zachodzi.
Przeczytaj także: Sterowniki i usterki ASUS K52J
Znacznie gorzej wygląda sytuacja w przypadku „rynkowej” weryfikacji wyników badań naukowych.
Jeśli badania są poprawne, mogą pozostawać na poziomie elementarnym, wtórnym lub przyczynkowym, ponieważ polska gospodarka i życie społeczne w niewielkim stopniu opierają się na krajowych osiągnięciach naukowych.
System oceny wartości tych badań - zarówno na poziomie indywidualnych naukowców, jak i jednostek naukowych - ma charakter ilościowo-parametryczny i jest podatny na wypaczenia.
W praktyce realnym zewnętrznym kryterium oceny poziomu polskiej nauki pozostają granty Unii Europejskiej.
Tam nie finansuje się projektów niestanowiących wyzwania, a mechanizmy przyznawania środków są niezależne od krajowych okoliczności i procedur.
Przeczytaj także: Zastosowanie wężyków do filtra osmozy
Trudno się więc dziwić sceptycyzmowi polityków wobec finansowania nauki: tylko niewielka część środków, które Polska wpłaca do unijnego budżetu na badania, wraca do naszych zespołów badawczych.
Tym bardziej, że nie jest łatwo wskazać przełomowe technologie/rozwiązania w gospodarce, będące efektem rodzimych prac badawczych.
Co więcej, nawet w tak perspektywicznej dziedzinie jak sztuczna inteligencja jesteśmy już wyraźnie spóźnieni - mimo że dysponujemy bardzo dobrymi informatykami.
Pojawia się więc pytanie, czy są oni równie dobrzy jako „kreatorzy rynku”, a nie jedynie jego wykonawcy.
Warto zauważyć, że w skali globalnej rozpoznawalna jest właściwie jedna polska firma informatyczna (i to niezwiązana z AI): CD Projekt, twórca serii gier „Wiedźmin”.
Przeczytaj także: Odwrócona osmoza: Twój przewodnik
Wniosek? Skoro rynek w niewielkim stopniu weryfikuje efekty polskich badań naukowych, konieczny wydaje się centralny - a nie lokalny - mechanizm oceny rzetelności i jakości badań.
Habilitacja mogłaby stanowić istotny element takiego mechanizmu.
Wśród tych rozwiązań warto zwrócić uwagę chociażby na obowiązek zatrudnienia naukowca (najczęściej adiunkta) na czas nieokreślony najpóźniej po 33 miesiącach od nawiązania stosunku pracy.
Podobnie ostrożnie podchodziłbym do argumentów odwołujących się do rozwiązań przyjętych w innych krajach.
Owszem, w Niemczech habilitacja funkcjonuje (na co wskazuje prof. Jemielniak), podczas gdy w Stanach Zjednoczonych jej nie ma (jak zauważa prof.
Rację mają ci, którzy wskazują na spadek poziomu habilitacji, co samo w sobie podważa zasadność ich przeprowadzania.
Skąd bierze się ten problem? Moim zdaniem zasadniczą przyczyną jest fakt, że habilitacja jest koniecznością, a to pociąga za sobą szereg konsekwencji.
Tak, robienie habilitacji jest w praktyce obowiązkowe.
Wynika to z przepisów ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce, która co prawda dopuszcza zatrudnienie doktora na stanowisku profesora uczelni (a więc teoretycznie umożliwia kontynuowanie kariery naukowej bez habilitacji), jednocześnie jednak wprowadza drugą, uprzywilejowaną kategorię profesorów uczelni - tych posiadających habilitację.
Profesorowie uczelni z habilitacją mogą pełnić funkcję promotorów doktoratów, recenzować rozprawy doktorskie i habilitacyjne, opiniować wnioski o nadanie tytułu profesora oraz ubiegać się o ten tytuł.
Tymczasem uprawnienia profesorów uczelni bez habilitacji w sprawach naukowych w praktyce niewiele różnią się od uprawnień doktorów zatrudnionych na stanowisku adiunkta.
Konsekwencją tej konieczności habilitowania się - rozumianej jako „podążanie naturalną ścieżką rozwoju naukowego” - są niekończące się dyskusje dotyczące samej procedury habilitacyjnej.
Ustawa dość jednoznacznie odwołuje się do „znacznego wkładu w rozwój określonej dyscypliny”.
Jednak szczegółowa analiza prawna rzeczywiście nie wyklucza zaliczenia doktoratu jako części dorobku uwzględnianego w postępowaniu habilitacyjnym.
Trudno jednak nie zauważyć, że od doktora oczekujemy czegoś innego („umiejętności samodzielnego prowadzenia badań”) niż od doktora habilitowanego.
Zastanawiamy się, czy „jeden cykl powiązanych tematycznie artykułów naukowych” oznacza pięć publikacji czy siedem (typowo ilościowe podejście).
Mamy też problem współczesnych patologii systemu publikacyjnego, takich jak drapieżne czasopisma czy szerzej - łatwe i szybkie publikowanie w płatnych periodykach (jakkolwiek często legitymujących się już wysokimi wskaźnikami wpływu).
Coraz głośniej mówi się także o problemie tzw. spółdzielni publikacyjnych - zjawisku o specyfice w dużej mierze polskiej, nastawionym na sztuczne mnożenie dorobku autorów i instytucji.
Ustawa wymaga również „istotnej aktywności naukowej realizowanej w więcej niż jednej uczelni (instytucji naukowej), w szczególności zagranicznej”.
Powstaje więc pytanie, czy tygodniowy pobyt w innej uczelni, określany mianem stażu naukowego, rzeczywiście realizuje intencję ustawodawcy.
Zgodnie z ustawą kolokwium habilitacyjne „przeprowadza się w zakresie osiągnięć naukowych osoby ubiegającej się o stopień doktora habilitowanego”, ale już sposób przeprowadzenia kolokwium regulują przepisy wewnątrzuczelniane i przepisy te znacząco różnią się pomiędzy uczelniami.
Nie wspominam już o habilitacjach uzyskiwanych za granicą, gdzie pojęcie habilitacji może oznaczać zupełnie coś innego.
Obniżanie wymogów formalnych przekłada się na obniżenie poziomu merytorycznego habilitacji oraz często ograniczone doświadczenie habilitantów w różnych aspektach pracy naukowej.
Rodzi się wreszcie pytanie, czy „robienie habilitacji” nie zaczęło funkcjonować jako coś odrębnego od prowadzenia wartościowych badań naukowych.
A przecież nie chodzi o mechaniczne spełnienie wymogów ustawowych, interpretowanych wyłącznie przez pryzmat ich litery, a nie ducha.
W argumentacji prof. Jajszczyka wielokrotnie pojawia się postulat zastąpienia habilitacji rzetelnym konkursem.
W praktyce może tu chodzić o konkurs na stanowisko profesora uczelni - adiunktów zatrudnia się bowiem zazwyczaj krótko po uzyskaniu stopnia doktora, a profesorów uczelni po nadaniu tytułu profesora „automatycznie” przenosi się na stanowisko profesora.
Otwarte konkursy na stanowiska profesora należą do rzadkości.
W moim przekonaniu konkurs nie stanowi remedium na merytorycznie uzasadnione obsadzanie stanowisk i nie jest w stanie zastąpić wymagającej, centralnie nadzorowanej habilitacji.
Dotyczy to nie tylko ograniczeń formalnych - takich jak ustawowy brak możliwości przeprowadzenia drugiego konkursu w tym samym miejscu zatrudnienia - lecz także samej istoty konkursu.
Jego celem jest bowiem wyłonienie kandydata najlepiej spełniającego określone wymagania i oczekiwania w danym miejscu i czasie.
Te wymagania powinny być pochodną potrzeb dydaktycznych uczelni (kształcenia specjalistów w określonych obszarach), uwarunkowań otoczenia gospodarczego (na przykład rozwoju regionalnych centrów technologicznych), planów umiędzynarodowienia badań czy merytorycznego profilowania jednostek organizacyjnych uczelni.
Jeśli wysokość subwencji otrzymywanej przez uczelnię zależy od struktury stanowisk (im większa liczba profesorów, tym wyższe finansowanie), to nie zawsze można oczekiwać, by awansowanie lub zatrudnianie na stanowisko profesora uczelni dotyczyło wyłącznie osób o ponadprzeciętnym dorobku naukowym.
Najistotniejsze jest jednak to, że konkurs stanowi sensowne narzędzie wyboru tylko wtedy, gdy istnieje rzeczywista konkurencja - a więc gdy o stanowisko ubiega się wielu mocnych kandydatów, a nie jeden.
Wygląda więc na to, że problem mamy nie tylko z habilitacją, ale także z konkursami.
Zacznijmy od konkursów.
tags: #odwrocona #procedura #wyboru #wikipedia

