Afera wokół oczyszczalni ścieków w Białymstoku i regionie - przegląd spraw
- Szczegóły
W ostatnich latach opinia publiczna była świadkiem kilku niepokojących wydarzeń związanych z gospodarką ściekową i odpadami w Białymstoku i okolicznych gminach. Od zatrucia rzek po oskarżenia o korupcję, problemy te budzą poważne pytania o nadzór i odpowiedzialność za ochronę środowiska.
Zatrucie rzeki Bug
Podczas tegorocznych wakacji ryby w Bugu ginęły tysiącami. Polski Związek Wędkarski stwierdził nawet, że Bug jest dziś martwą rzeką i na odrodzenie się w nim życia biologicznego trzeba będzie poczekać kilka lat. Już wtedy osoby zajmujące się odłowem martwych ryb zastanawiały się, czy to możliwe, żeby takie zatrucie zostało wywołane wyłącznie przez letnią przyduchę (brak tlenu w wodzie).
Sprawę bada Prokuratura Rejonowa w Białymstoku. Ustalono, że prokuratura rejonowa prowadzi śledztwo, w którym sprawdza m.in. czy przyczyną śnięcia ryb nie było zatrucie Bugu ściekami. - To jeden z wątków śledztwa - przyznaje Dorota Antychowicz, zastępca prokuratora rejonowego w Białymstoku. - Obecnie gromadzimy dokumentację, potem wystąpimy do biegłego o opinię. Kolejne decyzje będziemy podejmować w zależności od tego, co powie biegły.
Główny wątek śledztwa dotyczy niezgodnego z prawem gospodarowania ściekami przez gminę Mielnik i podległy jej Zakład Gospodarki Komunalnej. Ścieki przez wiele lat zamiast do oczyszczalni trafiały na wysypiska śmieci w gminie. Było to prawnie dopuszczalne do 2001 r., ale osiem lat temu zakazano takich praktyk. Mimo to w Mielniku nieczystości wciąż wylewano w miejscach gromadzenia odpadów.
- W tej chwili już tak nie jest. Ścieki są wożone do oczyszczalni w Siemiatyczach - zapewnia Ewa Samojluk, dyrektor Zakładu Gospodarki Komunalnej w Mielniku. Do momentu przeprowadzenia badań przez biegłego nie będzie wiadomo, w jakim stopniu ścieki z Mielnika zanieczyściły środowisko. - Nie można wykluczyć takiej sytuacji, że wylewane przez lata ścieki przesiąkły przez grunt i przedostały się do Bugu. To mogłoby wyjaśnić ogromne - jak na przyduchę - rozmiary zatrucia Bugu kilka miesięcy temu - mówi nam anonimowo ekspert zajmujący się ochroną środowiska. Dopiero wtedy dowiemy się, jaka była faktyczna przyczyna tego, że Bug jest dziś martwą rzeką.
Przeczytaj także: Przydomowe oczyszczalnie ścieków Zawiercie
Korupcja przy budowie oczyszczalni ścieków w gminie Płaska
Przed augustowskim sądem toczy się proces Wiesława G., wójta gminy Płaska. Oskarżony on jest o żądanie 280 tysięcy łapówki i przyjęcie pierwszej transzy w wysokości 120 tys. zł. Do przestępstwa miało dojść w 2011 roku. Wówczas gmina zleciła łomżyńskiemu przedsiębiorcy budowę 700 przydomowych oczyszczalni ścieków.
W połowie roku zostałem zaproszony przez mieszkającego na terenie gminy przedsiębiorcę na grilla - opowiadał wczoraj Wojciech B. - Był tam też wójt, który w pewnym momencie poszedł do łazienki. Wówczas gospodarz powiedział, że wójt chce pieniędzy.
Chwilę później Wiesław G. miał wrócić do stołu i zapytać siedzących przy nim panów, czy już się porozumieli. - Powiedziałem, że tak, ale chcę to usłyszeć od niego - dodaje łomżynianin. - Wtedy stwierdził, że chce po 400 zł od każdego obiektu. Dodał, że nie muszą płacić od razu, tylko transzami.
Kilka tygodni później panowie spotkali się ponownie, na schodach urzędu gminy. Wójt rzekomo pytał przedsiębiorcę, kiedy ten się rozliczy. - Zrozumiałem, że on nie żartuje i, że nie odpuści - zeznawał Wojciech B. - Wróciłem do domu i skontaktowałem się z prawnikiem swojej firmy. Ten poradził, aby zawiadomił o wszystkim organy ścigania.
Na początku września znowu się spotkali. Wiesław G. miał wówczas pytać przedsiębiorcę, kiedy się rozliczy. Sugerował też, by szczegóły przekazania pieniędzy omawiać z pośrednikiem, czyli przedsiębiorcą z Płaskiej. Ten też naciskał. Dzwonił do łomżyńskiego biznesmena i mówi: "Nasz wspólny przyjaciel jest wściekły (...). Wyjeżdża za granicę, ale wcześniej potrzebuje pieniędzy".
Przeczytaj także: Oczyszczalnia oksydacyjna: zasady działania
- Widział, że jestem okropnie zdenerwowany - dodaje przedsiębiorca. - Mówił, że to nic strasznego i, że nie robi tego pierwszy raz.
W połowie września Wojciech B. pojechał do Płaskiej. W czarnej teczce miał 120 tys. zł - pierwszą transzę łapówki. Wszedł do gabinetu wójta i położył teczkę na stole. Wiesław G. miał zajrzeć do środka. - Uśmiechnął się, a później na moment zastygł - opowiada przedsiębiorca. - Powiedział: nie w urzędzie. Chodźmy do mojego domu.
Pojechali swoimi samochodami. Na posesji wójt poprosił przedsiębiorcę o chwilę zwłoki. Jak się okazało, czekał na pośrednika. Ten zażądał od Wojciecha B. pieniędzy. Panowie przez chwilę się spierali. W końcu poszli do wójta, by ustalić, dla kogo jest ta łapówka. Wiesław G. miał wówczas powiedzieć, że dla niego. Łomżynianin i wójtowy pośrednik wsiedli do auta. Tam doszło do przekazania teczki z banknotami. Chwilę później do akcji kroczyła policja. Zatrzymała pośrednika i wójta. Ten ostatni, po spędzeniu kilku miesięcy w areszcie wrócił do pracy w urzędzie.
Prokuratura Okręgowa w Łomży oskarżyła samorządowca o żądanie - w związku z pełnioną funkcją publiczną - 280 tys. zł i przyjęcie 120 tys. zł, co miało być pierwszą częścią tej łapówki. Jak podawała wówczas policja, korzyść majątkowa miała związek z inwestycjami budowlanymi w gminie, chodziło o przydomowe oczyszczalnie ścieków - projekt o wartości 8 mln zł, dofinansowany z funduszy unijnych. Od łapówki samorządowiec miał uzależniać bezproblemowy odbiór i rozliczenie inwestycji.
Po zatrzymaniu i postawieniu zarzutów wójt trafił do aresztu, opuścił go po wpłaceniu 100 tys. zł poręczenia majątkowego. Po opuszczeniu aresztu samorządowiec powrócił do pracy w urzędzie. W czerwcu 2012 r. odbyło się w gminie referendum w sprawie jego odwołania, ale było nieważne z powodu zbyt niskiej frekwencji. W jesiennych wyborach w 2014 roku Wiesław G. został ponownie wybrany na stanowisko wójta.
Przeczytaj także: Jak ustawić napowietrzanie?
Do zarzutów się nie przyznaje, przed sądem chciał uniewinnienia. Na początku kwietnia ub. roku sąd w Augustowie skazał go jednak na 3 lata więzienia bez zawieszenia, 40 tys. zł grzywny oraz 5-letni zakaz zajmowania stanowisk w administracji państwowej i samorządowej.
W wydanym po tym wyroku oświadczeniu wójt Płaskiej napisał m.in., że wyrok jest "rażąco niesprawiedliwy" i zapadł "w oparciu o pomówienie" go przez przedsiębiorcę - wykonawcę przydomowych oczyszczalni. W postępowaniu odwoławczym Sąd Okręgowy w Suwałkach uwzględnił apelację samorządowca i wyrok skazujący uchylił. Ocenił bowiem, że są poważne wątpliwości co do legalności działań operacyjnych podjętych wobec oskarżonego i wymaga to dokładnego wyjaśnienia.
W tym samym śledztwie oskarżono również przedsiębiorcę, który miał pośredniczyć w przekazywaniu pieniędzy. Mężczyzna przyznał się do zarzutu pomocnictwa i dobrowolnie poddał się karze 11 miesięcy w zawieszeniu na 3 lata i 15 tys. zł grzywny.
Spalarnia odpadów w Białymstoku pod lupą
Zdaniem marszałka Artura Kosickiego, białostocka spalarnia przyjmowała warszawskie odpady, co było niezgodne z prawem. W opinii prezydenta Tadeusza Truskolaskiego, do żadnego naruszenia prawa nie doszło, a zarzuty są absurdalne. Według Wojewódzkiego Inspektora Ochrony Środowiska, miejska spółka Lech złamała prawo.
Głównie dlatego, że białostocka spalarnia przyjmowała odpady spoza województwa, a powstała, by obsługiwać Białystok i ościenne gminy. Zarzutów jest więcej, ale spółka Lech wszystkie odpiera i skierowała sprawę do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego.
- Jest to decyzja skandaliczna. WIOŚ w ostatnim roku nękał kontrolami spółkę Lech. Efektem tych kontroli był 300-złotowy mandat nałożony na spalarnię, a postawione zarzuty są absurdalne. Najgorsze jest to, że są niezgodne z prawdą - ocenił prezydent Truskolaski.
Spółka utrzymuje, że mogła przyjmować odpady spoza województwa, bo pochodziły one z tzw. frakcji energetycznej. Tymczasem, marszałek województwa, znając wyniki kontroli, wszczął postępowanie w sprawie cofnięcia spalarni pozwolenia zintegrowanego.
Nie zgadza się z tym prezydent Białegostoku Tadeusz Truskolaski, który mówił m.in., że kontrola WIOŚ i decyzja marszałka o wszczęciu procedury dotyczącej cofnięcia pozwolenia zintegrowanego zmierza do zamknięcia spalarni. Spółka przyjmowała odpady w Warszawy, ale to było na rozruch i była to frakcja energetyczna (10 tys. ton) i była na to zgoda, bo przy tej frakcji ówczesne przepisy nie wymagały regionalizacji.
Dodał, że tona odpadów spalana w Białymstoku kosztuje 230 zł, a ta sama tona dostarczona do Lublina i tam spalona kosztuje 1,1 tys. zł, czyli prawie pięciokrotnie drożej. - Czyli pan marszałek województwa chce narazić mieszkańców Białegostoku i ościennych gmin na to, by za śmieci płacili pięć razy więcej. To jest absolutny skandal. Ta polityka miesza ludziom w głowach. Ta nienawiść do prezydenta Białegostoku jest tak daleko posunięta, że ma uderzyć we wszystkich mieszkańców naszego miasta. Panie marszałku, pan jako gospodarz województwa powinien dbać o całe województwo i nawet jeżeli były drobne uchybienia (gdy chodzi o godziny pracy, co skutkowało mandatem 300 zł), to pan wyciąga armaty i chce strzelać do wróbla - stwierdził Tadeusz Truskolaski.
Z kolei na swojej konferencji marszałek województwa podlaskiego przypomniał, że kontrola WIOŚ wykazała m.in., że od roku 2017 do marca 2019 odpady pochodzące m.in. z Warszawy trafiały do białostockiej spalarni "wykazywane jako pochodzące z Białegostoku", że przyjmowano do zagospodarowania odpady o pochodzeniu komunalnym spoza regionu gospodarki odpadami województwa podlaskiego, a tym samym została naruszona zasada bliskości, jaka wynika z ustawy o odpadach.
- Nie chcę i myślę, że wszyscy mieszkańcy też nie chcą, aby Białystok stał się miejscem do utylizacji odpadów z terenu Warszawy. Prezydent Truskolaski w ogóle nie panuje nad gospodarką odpadami w mieście Białystok. W mojej ocenie panuje pewien chaos w tym, co się dzieje w ZUOK Hryniewicze i w białostockiej spalarni odpadów. Prezydent cały czas mówi, że wszyscy są źli, że rząd PiS postępuje w stosunku do niego źle, że inni radni postępują źle, że inne instytucje też nie idą mu na rękę. Że wszyscy są źli, a tak de facto, on tym tłumaczy swoją nieudolność - tłumaczył Artur Kosicki i dodał, że prezydent używa mowy nienawiści.
Dlatego marszałek poprosił prezydenta Białegostoku, aby wyjaśnił, czym kierowała się spółka Lech przyjmując odpady m.in. z Warszawy, czy ta "pomoc" ma związek z tym, że Tadeusz Truskolaski został szefem podlaskiego sztabu wyborczego prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego oraz, czy wykazane przez WIOŚ nieprawidłowości grożą awarią podobną do tej, do której doszło w warszawskiej oczyszczalni ścieków "Czajka" którą zarządza prezydent Trzaskowski.
Zapewnił też, że potrafi współpracować z innymi samorządowcami, czego dowodem jest np. dotacja do suwalskiego lotniska czy zabezpieczenie wkładu własnego do projektu, który realizuje starostwo powiatowe w Sejnach. - Jako zarząd województwa wielokrotnie pokazywaliśmy, że potrafimy współpracować z miastem Białystok, np. ponad 50-milionowe dofinansowanie do węzła Porosły, około 300 tys. zł z PFRON-u, które kilka dni temu przekazaliśmy miastu albo 100 tys. zł dla szpitala miejskiego na środki ochrony. To kto tu jest zły? Kto nie potrafi się dogadać z innym samorządowcami i innymi osobami zarządzającymi województwem czy innymi gminami? Wiem, że jest problem z odpadami w województwie, a pan prezydent zamiast usiąść do stołu i problem rozwiązać, tylko narzeka i tłumaczy swą nieudolność tym, że rząd PiS i Zjednoczonej Prawicy coś mu zrobił nie tak - mówił marszałek Kosicki.
Natomiast pytany, co się stanie ze śmieciami z Białegostoku, jeśli spalarnia straci pozwolenie zintegrowane, stwierdził, że postępowanie jeszcze trwa, ma wiele wątków, więc nie można ferować wyroków.
Wreszcie, po południu, głos zabrali przedstawiciele spółki Lech. Ponownie nie zgodzili się z zarzutami stawianymi przez WIOŚ i marszałka województwa. Przyznali, że limit czasu pracy instalacji został oszacowany na zbyt niskim poziomie. Zaplanowano bowiem 6 tygodni przerwy na przeglądy, a wystarczyły trzy. Trzy dodatkowe tygodnie bez pracy oznaczałyby stratę, bo zakład nie mógłby spalać odpadów.
- Spółka Lech zgłosiła to marszałkowi województwa i to od marszałka zależy czy limit ten podniesie i wyda nowe pozwolenie zintegrowane - poinformował rzecznik Lecha Zbigniew Gołębiewski. Zapewnił również, że Lech nie złamał zasad regionalizacji i bliskości przyjmowania odpadów. - Kontrolerzy wykazali, że do spalarni trafiło 10 tys. ton odpadów z Warszawy, a zapomnieli dodać, że było to w okresie rozruchu. Nie było wtedy prawnej możliwości kierowania do spalarni zmieszanych odpadów komunalnych zbieranych w Białymstoku. Zarzut dotyczący naruszenia zasady regionalizacji jest bezzasadny także dlatego, że dotyczyła ona zmieszanych odpadów komunalnych, a nie frakcji energetycznej pozostałej po sortowaniu. Obecnie nie obowiązuje żadna regionalizacja odpadów komunalnych - stwierdził rzecznik Gołębiewski.
Ponadto przypomniał, że to rząd PiS zmieniając zasady gospodarowania odpadami powoduje, że koszty tych systemów rosną. Mimo to Białystok ma jeden z najlepiej zarządzanych systemów gospodarki odpadami w Polsce (z sortownią i spalarnią) oraz jedne z najniższych cen w kraju.
Zanieczyszczenie rzeki Jedwabianka
Ścieki z gminy Jedwabne zamiast do oczyszczalni trafiły niewielkiej rzeczki. Łomżyńska prokuratura sprawdzi, kto ponosi za to winę.
Jak powiedziała Polskiemu Radiu Białystok Prokurator Rejonowa w Łomży Małgorzata Kosiorek-Soboń, rozpoczęło się już śledztwo w tej sprawie. W związku z zawiadomieniem Podlaskiego Wojewódzkiego Inspektora Ochrony Środowiska Prokuratura Rejonowa w Łomży wszczęła śledztwo w sprawie zanieczyszczenia wody, w ilości mogącej zagrozić życiu lub zdrowiu człowieka, lub spowodować istotne obniżenie jakości wody, lub zanieczyszczenie w świecie roślinnym, lub zwierzęcym, w znacznych rozmiarach poprzez odprowadzanie do środowiska nieoczyszczonych ścieków z terenu gminy Jedwabne powiedziała prokurator Małgorzata Kosiorek-Soboń.
Na razie postępowanie toczy się w sprawie, a nie przeciwko komuś. Jak wynika z nieoficjalnych ustaleń dziennikarza Polskiego Radia Białystok, ścieki mogły trafiać do rzeczki Jedwabianka przez kilka tygodni.
tags: #oczyszczalnia #ścieków #Białystok #afera #co #się

